artykuł dodany do działu Fotografia prasowa

Podglądają, demaskują, niszczą

autor

Milena Rachid Chehab
artykuł pochodzi z tygodnika Przekrój, numer 09/2006
umieszczony za zgodą wydawnictwa Edipresse Polska SA


Nasi paparazzi tropią ofiary tygodniami, przebierają się, latają na lotni. Efekty pracy polskich fotografów pstrykających z ukrycia już przypominają fotografie znane z zachodnich brukowców.

Im bardziej ktoś nie chce mieć zdjęcia, tym bardziej chcę mu je zrobić - oznajmia Przemek Stoppa, paparazzi związany z "Super Expressem". Takich jak on jest w Polsce kilkunastu. Rzadko sygnują zdjęcia swoim nazwiskiem. - Kiedyś tak robiłem, ale telefony z groźbami po prawie każdej publikacji skutecznie mnie do tego zniechęciły - mówi inny polski paparazzi.

Paparazzo (w liczbie mnogiej paparazzi) znaczy po włosku "brzęczący insekt". Takie nazwisko nosił bohater filmu Federica Felliniego "Słodkie życie" (1960) i to po nim tak określa się fotografów. Paparazzi z prawdziwego zdarzenia mamy w Polsce zaledwie kilkunastu.

Prawdziwy popyt na ich usługi zaczął się niecałe półtora roku temu, wraz z wejściem na rynek dziennika "Fakt". Wojna o czytelnika z konkurencyjnym "Super Expressem" w dużej części odbywała się na froncie zdjęć robionych z ukrycia. - Najlepiej sprzedaje się skandal, zwłaszcza gdy biorą w nim udział znane gwiazdy show-biznesu lub polityki - tłumaczy Przemek.

Na drugim miejscu "tabloidowej listy przebojów" są zdjęcia najpopularniejszych celebrities - jeden z ostatnich numerów "SE" świetnie się sprzedał, bo gazeta ujawniła nazwiska uczestników kolejnej edycji "Tańca z gwiazdami", pokazując, jak biorą udział w ściśle tajnych próbach. W cenie są też gwiazdy i gwiazdki z nowymi partnerami, w nowych samochodach i w ciekawych sytuacjach, na przykład opalające się topless.

Równie spektakularnym segmentem rynku zdjęć z ukrycia są fotografie rodzin przeżywających tragedię. Ale tego tematu część paparazzi nie podejmuje. Nie chodzi jednak o współczucie i moralne skrupuły: - Nie dość, że trzeba na przykład stać w szpitalu i czatować na rodziców dowiadujących się o śmierci dzieci, to jeszcze trzeba szukać zdjęć ofiar za życia. Człowiek się namęczy, a za cały materiał, czyli 5-10 fotografii, dostanie 100 złotych - tłumaczy Przemek.

A interes musi się opłacać. Fotograf, który miał zrobić zdjęcia umierającego Czesława Niemena, wycenił je na cztery tysiące złotych - w koszty wrzucał odepchnięcie od szpitalnego łóżka rodziny muzyka. Zdjęć nie zrobił, bo żadna redakcja nie chciała tyle zapłacić. - Do takiej roboty trzeba podchodzić chłodno. Nie ma się co zastanawiać, to po prostu kwestia naciśnięcia migawki - przekonuje Przemek, który sam przeżywał rozterki, robiąc materiał o dwóch chłopcach, którzy zginęli, gdy załamał się pod nimi lód.

Po chamsku w twarz

- Zwykle wykonanie zlecenia to kwestia wysokości stawki - mówi fotoreporter związany z "Faktem". - Przy kompromitujących zdjęciach polityków dochodzi jeszcze złośliwa satysfakcja, że "należało się głupiemu skur...".

Z taką tezą nie zgadza się Piotr Grzybowski z "SE", autor "sesji" Ludwika Dorna z kochanką, byłego posła Józefa Oleksego na bułgarskiej plaży ("wyglądał uroczo, beztrosko smażąc się w słońcu") czy Aleksandry Jakubowskiej w papilotach w dniu jej wystąpienia przed komisją śledczą. - Nie wystarczy złapać kogoś, jak wychodzi z domu albo wchodzi do sklepu. Każde zdjęcie ma mówić o czymś ważnym. Robiąc kochliwego Dorna, pokazałem, że człowiek, który na prawo i lewo rzuca wielkimi hasłami o uczciwości, nie realizuje ich we własnym życiu - tłumaczy Grzybowski, żartując, że swoimi zdjęciami trochę się przyczynił do niedawnego zalegalizowania szczęścia wicepremiera i warszawskiej wizażystki. - Jawność życia publicznego polega przecież na tym, że jeśli jakaś osoba publiczna co innego mówi, a co innego robi, to naszym zadaniem jest to pokazać - przekonuje fotoreporter "SE".

- Często słyszę, że swoimi fotami niszczę komuś życie - opowiada Przemek, który na koncie ma między innymi przyłapanie męża aktorki Grażyny Szapołowskiej na podwójnej zdradzie z trójmiejskimi prostytutkami. - A przecież te osoby same je sobie niszczą, zdradzając partnerów czy wplątując się w ciemne interesy. Ja tylko pokazuję, że ludzie z telewizora są tacy sami jak ci siedzący przed, że popełniają te same błędy.

Niektóre zdjęcia z ukrycia to jednak chwyt marketingowy, starannie umawiany, najczęściej przez marketingowców gwiazd show-biznesu i redakcję gazety. W branży chodzą plotki, że taką akcją była sprzeczka Kuby Wojewódzkiego z paparazzi na łódzkiej Paradzie Równości, choć dziennikarz stanowczo temu zaprzecza.

Wywalcie jęzory

Przemek nie znosi "wciskania ludziom lukrowanego kitu". To, że "te wszystkie ładniutkie zdjęcia są do bólu fałszywe", uświadomił sobie kilka lat temu, gdy jako fotoreporter lokalnej gazety dokumentował festiwal filmowy w Gdyni. - Podczas minuty dla mediów koledzy krzyczeli jeden przez drugiego: "Uśmiech, prosimy, pani Kasiu, prosimy do obiektywu", wszyscy aktorzy stali grzecznie i wdzięczyli się na maksa, a mi było coraz bardziej niedobrze. Gdy sesja się skończyła i koledzy oglądali na wyświetlaczach aparatów efekty swoich starań, wrzasnąłem na całe gardło do wyluzowanych już aktorów: "A teraz wywalcie jęzory!". Byli zszokowani i wpadli w popłoch. A moje foty wyszły super i chodziły potem w wielu gazetach - cieszy się Przemek.

Kariery paparazzi częściej są jednak dziełem przypadku niż nagłego olśnienia umysłu. - Człowiek nieoczekiwanie znajdzie się z aparatem na zamkniętej imprezie dla VIP-ów albo spotka znaną aktorkę w uściskach kolegi z planu, który oficjalnie spotyka się z kimś innym. Potem takie zdjęcia przysyłają do nas i widzą, że można na tym zarobić - mówi Wojciech Rzążewski, szef działu fotograficznego "Faktu".

Wśród polskich paparazzi jest też człowiek, który sam należy do śmietanki towarzyskiej, może więc stosunkowo łatwo robić zdjęcia z ukrycia, bo jest poza kręgiem podejrzanych. Jego zdjęcia co jakiś czas publikują i "Fakt", i "Super Express".

Piersi Edyty

Paparazzi wyposażony jest w: szerokie znajomości, gruby notes z adresami zamieszkania wszystkich ważniejszych ludzi w kraju, aparat i ponadpółmetrowy teleobiektyw do robienia w ciągu sekundy pięciu ostrych zdjęć z dużej odległości oraz przypominający komórkę kompaktowy aparat cyfrowy, który umożliwia mu pracę w trudnych warunkach z bliskiej odległości, praktycznie bez żadnych podejrzeń ze strony "ofiary". Taki komplet kosztuje około 30 tysięcy złotych.

Niezbędny też jest samochód, "taki, jaki stoi na każdym rogu" - paparazzi nie może rzucać się w oczy. W skutecznym robieniu zdjęć z ukrycia przydaje się też sieć informatorów - najlepsi są ochroniarze dobrych klubów i hoteli ("zarabiają średnio trzy złote za godzinę, więc nietrudno podbić tę stawkę"), hostessy, recepcjonistki, taksówkarze i kelnerzy.

Przemek pracujący przez lata w Trójmieście najwięcej zdjęć robił latem. Podczas festiwalu w sopockiej Operze Leśnej nawiązał znajomości z kierowcami wożącymi gwiazdy z lotniska do hotelu. - Gdy jeden z nich zadzwonił, że zaraz będzie jechała Debbie Harry, wokalistka zespołu Blondie, czatowałem pod hotelem, żeby mimo zakazów zrobić jej zdjęcie z bliska. Bez tony makijażu wyglądała jak próchno, więc cykałem foty jedna po drugiej - wspomina Przemek. Podobny układ miał z hotelowymi hostessami rozdającymi ręczniki plażowe. Były to zazwyczaj praktykantki, przez dwa miesiące wakacji pracowały więc za darmo. A paparazzi za każdego SMS-a z informacją o leżakującej gwieździe oferował im sto złotych. - Wynajęcie prostytutki, która położy się dwa metry dalej, to następna stówka, ale interes nadal się opłaca, bo za taką "sesję" można dostać nawet pięć tysięcy złotych. A który facet odmówi, gdy piękna kobieta poprosi go o nasmarowanie olejkiem do opalania? Nawet najtwardszy wymięknie. A ja wtedy cykam foty, które następnego dnia idą w gazecie. To, jak są podpisane, to już nie moja działka - opowiada Przemek.

O tym, że Edyta Górniak jedzie na wakacje do Egiptu, "Fakt" dowiedział się przypadkowo - na tej samej wycieczce była sekretarka pracująca w gazecie, która poinformowała redakcję o niespodziewanej atrakcji urlopu. W Hurghadzie fotoreporter był następnego dnia. Dwa dni później zdjęcia opalającej się topless piosenkarki wylądowały na pierwszej stronie dziennika.

Lotnia nad prezydentem

Najczęściej jednak praca paparazzi to żmudne czyhanie pod domem lub pracą "ofiary". Piotr Grzybowski za Dornem jeździł tydzień, praktycznie 24 godziny na dobę. Ale Lwa Rywina na spacerniaku aresztu "ustrzelił" pierwszego dnia - miał szczęście, bo w wynajętym w tym celu mieszkaniu jego kolega czekał bez skutku kilka dni. Fotografujący niedawną imprezę u Tomasza Kammela siedem godzin leżał na śniegu, z teleobiektywem wycelowanym w taras na 10. piętrze.Zdarzają się bardziej spektakularne akcje. Paparazzi, który miał za zadanie sfotografować syna Marka Ungiera (współwinnego załamania się kariery politycznej swojego ojca), nie wiedział, jak wygląda jego ofiara. Przebrał się więc za kuriera mającego doręczyć paczkę "do rąk własnych". Gdy upewnił się, że ma do czynienia z Krzysztofem Ungierem, wyjął spod kurtki aparat i zaczął robić zdjęcia. Chłopak zamknął natręta w komórce pod schodami. Gdy fotograf z komórki zadzwonił do redakcji, usłyszał tylko: "Milcz. Nasz prawnik będzie twoimi ustami". Następnego dnia zdjęcia ukazały się w "Fakcie".

Współpracujący z "Przekrojem" Konrad Konstantynowicz podkreśla, że nie jest paparazzi, ale kilkakrotnie zdarzało mu się robić tego typu zdjęcia. Gdy w ubiegłym roku fotografował dla nas zabójców księdza Popiełuszki, nie był pewien, jak wygląda jeden z nich. Wydrukował więc stosowne wizytówki i przyszedł do mieszkania swej "ofiary", przedstawiając się jako nowy zarządca budynku. Potem z rozpoznaniem właściwej osoby nie miał już problemu.

Piotr Grzybowski nie dał za wygraną, gdy nie pozwolono mu sfotografować letniej rezydencji prezydenta w Juracie. Wynajął lotnię z pilotem i zrobił zdjęcia z lotu ptaka. - To były najdłuższe dwie godziny w moim życiu, bo mam lęk wysokości - mówi Piotr. Za zdjęcia powstałe na zamówienie "SE", w którym Piotr jest etatowym fotografem, dostał nagrodę - dwa tysiące złotych.

Ale "Superak" to jedyna gazeta, która ma swoich paparazzi. "Fakt" i magazyny plotkarskie stawiają na mniej lub bardziej stałych współpracowników, którzy sami przynoszą gotowe zdjęcia, a tylko czasem dostają konkretne zamówienia. Niektórzy to tak zwani kotleciarze, portretujący VIP-y do kronik towarzyskich, a przy okazji robiący zdjęcia w mniej formalnych sytuacjach, łamiący dżentelmeńską umowę, że po północy aparaty mają być schowane.

Handlem zdjęciami z ukrycia zajmuje się także wyspecjalizowana agencja Mazur. To tajemnica poliszynela, bo ich strona internetowa milczy o tej części działalności, a wszyscy pracownicy firmy mają zakaz rozmów na ten temat. Z agencją Mazur współpracuje na stałe kilkunastu paparazzi, których można wynająć. Posiłkował się nimi "Fakt", gdy Jan Kulczyk miał przyjechać do Polski na zeznania przed komisją śledczą i trzeba było przez półtora dnia obstawiać jego willę w Konstancinie i lotnisko. Przyjęto zasadę "zwycięzca zgarnia wszystko" - pieniądze za czatowanie dostanie ten, komu uda się zrobić zdjęcie.

Kupa kasy za skandal

Stawki za foty z ukrycia wynoszą zwykle kilkaset złotych, choć za dobrze zrobiony temat, zwłaszcza jeśli jest skandalizujący, można dostać i parę tysięcy. Częste są premie - za Jakubowską w papilotach Grzybowski dostał 10 tysięcy złotych. Anonimowy autor zdjęć opalającej się Edyty Górniak (opublikowanej dwa tygodnie temu w "Fakcie") zarobił ponoć 20 tysięcy złotych. Najwyższą stawkę - za zdjęcia Kulczyka leżącego w szpitalu w Londynie - dostał szef działu w "Fakcie". 30 tysięcy złotych było nagrodą za znalezienie w dwie godziny angielskiego paparazzi, który przedarł się do Kulczyka przez ochronę. Najstarsi paparazzi (czyli po trzydziestce, bo w tym zawodzie to już wiek prawie emerytalny) wspominają czasy, gdy plotkarski tygodnik "Halo" płacił za zdjęcie nawet trzy tysiące dolarów. Gazeta jednak dużo więcej wydawała na odszkodowania, zmieniła się więc w grzeczniejszą "Galę".

Obecnie redakcje bulwarówek też są nękane procesami sądowymi, ale większość kończy się ugodami - bo któraż gwiazda zrezygnuje ze stałej obecności w dzienniku o półmilionowym nakładzie? A nawet jeśli nie dochodzi do porozumienia i gazeta musi płacić odszkodowanie, dużym tabloidom publikowanie zdjęć paparazzi nadal się opłaca: liczba sprzedanych egzemplarzy gazety ze skandalem w środku (i na pierwszej stronie) wzrasta nawet o kilkadziesiąt procent, nie mówiąc już o darmowej reklamie we wszystkich mediach. Z naszych informacji wynika, że "Fakt", nawet jeśli będzie musiał zapłacić Górniak sto tysięcy złotych (pozew wpłynął do sądu następnego dnia po publikacji), i tak wyszedł na plus. Tabloidy żyją bowiem ze zdjęć - panuje w nich zasada: "Nie ma foty, nie ma tematu", a ciąganie po sądach mają wliczone w koszta.

Tego nie zobaczycie

W redakcjach tabloidów są zdjęcia, które się nie ukazały i w najbliższym czasie raczej ich nie zobaczymy. - Dla społeczeństwa byłby to zbyt duży szok. Nie uwierzyłoby w podane informacje, nawet jeśli zdjęcia są jednoznaczne - mówi niezależny obserwator rynku, w branży od ośmiu lat. Twierdzi, że właśnie z tego powodu w archiwum "Faktu" leżą zdjęcia dokładnie dokumentujące romans "bardzo znanej i powszechnie szanowanej osoby" (nie polityka). - Wciąż drażliwe są kwestie domniemanego homoseksualizmu niektórych osób publicznych, wciąż nie jesteśmy gotowi oglądać śmierci osób, które znamy z ekranów telewizora - mówi znawca rynku tabloidów.

Publikacji nie doczekały się też zdjęcia, które zrobił parę lat temu paparazzi specjalizujący się w polityce. - Sfotografowałem jakiegoś biznesmena. Kiedy się okazało, że jest członkiem mafii, od razu zniszczyłem negatywy. Zdawałem sobie sprawę, że nie zdążyłbym wydać kasy, którą dostałbym za ten materiał - opowiada.

Nawet najlepsze zdjęcie mafiosa nie zrobi takiego wrażenia jak ktoś znany w rzadkiej dla niego sytuacji. Dlatego polscy paparazzi polują teraz na imprezującego ministra Zbigniewa Ziobrę.



polecana praca

reklama

poszukaj książki na ten temat Książki związane z tematem
zobacz także więcej tytułów

Propaganda w NRD. Media i literatura

Reporterzy bez fikcji. Rozmowy z polskimi reporterami

Wywiad z księdzem egzorcystą

Wywiad z władzą

Fotografia prasowa. Z obiektywem za kulisami niezwykłych wydarzeń

My, właściciele Teksasu. Reportaże z PRL-u


Wpisz tytuł lub autora i wybierz z listy księgarnię do przeszukania.
Po wybraniu księgarni pojawi się przycisk wyszukiwania.

e-wydania E-wydania. Czytaj na komputerze!
zobacz także więcej tytułów

Zwierciadło

Rzeczpospolita

Przegląd Sportowy

Fakt

Tygodnik Powszechny

Wprost
zarabiaj Zarabiaj z Reporterzy.info
zobacz także zobacz, kto dzieli się pieniędzmi
System Partnerski Bankier

społeczność

Facebook Twitter Google+ LinkedIn RSS

wspomóż rozwój


regulamin | polityka prywatności | współpraca | o autorze | RSS | sklep reportera | usługi finansowe | mapa serwisu | © Bartłomiej Dwornik 2oo1-2o17