menu
tygodnik internetowy nr 1/2017
poniedziałek, 25 września 2017

Warsztat reportera

Media lokalne - wpływ właściciela

Bartłomiej Dwornik

1. Wizja redaktora naczelnego
Redaktor naczelny - w myśl zapisów Prawa Prasowego - odpowiadać powinien za treść przygotowywanych przez redakcję materiałów oraz sprawy redakcyjne i finansowe redakcji. Tyle teoria. W praktyce - zwłaszcza w mediach lokalnych, gdzie naczelny dzierży jednocześnie buławę właściciela tytułu - to on, a nie dziennikarz decyduje o czym i jak się pisze. Wizja redaktora naczelnego staje się kierunkiem, obowiązującym każdego dziennikarza w redakcji. Cierpią na tym nie tylko dziennikarze, ale i odbiorcy. Przykładowo: w październiku 1998 roku nowy wicedyrektor ds. programowych lubelskiego ośrodka Telewizji Polskiej postanowił wprowadzić oszczędności. Pomysł zrealizował w sposób iście karkołomny. W połowie grudnia... zdjął z anteny "Panoramę Lubelską", czyli program informacyjny lokalnego ośrodka. Oszczędności były bezsprzeczne - kilkadziesiąt tysięcy złotych. Pytanie tylko, co na to telewidzowie z Lublina? Ich oburzenie doprowadziło na szczęście do odwołania pomysłowego dyrektora i "Panorama Lubelska" wróciła na antenę. Nie wszyscy mają jednak tyle szczęścia co lubelski ośrodek TVP.
Trudno posądzać o odpowiedzialność za merytoryczne finansowe sprawy redakcji szefa Radia City ze Słupska [1] , Przemysława Kowalskiego. W marcu 1999 roku nadajniki stacji zamilkły. Na bruku znalazło się 32 dziennikarzy rozgłośni. Nieoficjalnie w mieście mówiło się wówczas o naciskach na właściciela stacji - wpływowym osobom nie podobał się bowiem kontrowersyjny program "Talk-Show" prowadzony przez dziennikarza Jerzego Izdebskiego. Przez trzy tygodnie fani "Radia City" protestowali na ulicach Słupska przeciwko zamknięciu stacji. Po trzech tygodniach właściciel ugiął się pod naciskiem ludzi i stację uruchomił ponownie. W oficjalnych wypowiedziach tłumaczył, że trzy tygodnie milczenia nadajników było... chwytem marketingowym.
Los ten podzielili w październiku 2000 roku dziennikarze wrocławskiego Radia Aplauz. Na kilka dni rozgłośnia zamilkła. Kierownictwo stacji nie zasłaniało się co prawda marketingiem, lecz problemami finansowymi - skład redakcji ograniczony został do minimum i zlikwidowano dział informacji. Trudno jednak również w tym przypadku mówić o odpowiedzialności redaktora naczelnego za losy redakcji.
Równie chybionym pomysłem marketingowym okazała się próba zmiany image'u "Trybuny Śląskiej". Redaktor naczelny Tadeusz Biedzki postanowił na początku 2000 roku odświeżyć wizerunek tytułu i do członu "Trybuna Śląska" dołożył wyraz "Dzień". Tak powstała "Trybuna Śląska - Dzień". Docelowo drugi człon nazwy miał wyprzeć pierwszy - redaktor naczelny chciał w ten sposób rozstać się z tytułem, który kojarzył mu się z czasami PRL. Pomysł okazał się chybiony, ponieważ zaprotestowali czytelnicy, przyzwyczajeni do "swojego" tytułu. Również z punktu widzenia marketingu, dziwnym posunięciem wydawało się likwidowanie tytułu, który na Śląsku miał nie tylko wieloletnią tradycję, ale również ugruntowaną pozycję. Opinie czytelników podziela na szczęście nowy redaktor naczelny Maciej Siembieda, który stanowisko to objął w październiku 2000 roku. Przywrócił gazecie jej pierwotny tytuł, a poprawę image'u przeprowadził przez uatrakcyjnienie makiety i podniesienie merytorycznej zawartości gazety.
Dość niekonwencjonalne metody troszczenia się wizerunek swojej firmy zastosował w marcu 2001 roku redaktor naczelny warszawskiego Radia Plus. Rozgłośnia przeżywała wówczas poważne kłopoty finansowe, zalegała z wypłatami wobec swoich pracowników. Kierownictwo stacji zabroniło radiowcom rozmawiania z kimkolwiek na temat sytuacji w firmie. Za złamanie tego zakazu przewidziano najsurowszą karę - dyscyplinarne zwolnienie z pracy. Brak informacji o tym czy była potrzeba jej zastosowania.
Wątpliwe projekty programowe i niezrozumiałe decyzje personalne zarzucają redaktorowi naczelnemu Radia Dla Ciebie działające w rozgłośni związki zawodowe. Pracownicy radia we wrześniu 2001 roku skarżyli się, że nikt nie chce zdradzić im jak będzie wyglądać nowa ramówka stacji. Wydawcy poszczególnych pasm dostali od naczelnego zakaz informowania podwładnych o planowanych zmianach.
2. Wizja wydawcy
Niewątpliwie duży, a w pewnych wypadkach nawet decydujący wpływ na merytoryczną treść gazety czy tygodnika ma jego wydawca, a w przypadku rozgłośni radiowej czy stacji telewizyjnej - nadawca. I nie ma praktycznie żadnego znaczenia czy jest to lokalny biznesmen, spółka pracownicza, czy też duży koncern medialny jak Passauer, Orkla lub powstałe w 2000 roku 4Media. "Teoria, że wielkie grupy prasowe pozwalają gazetom regionalnym działać niezależnie, bo nie mają lokalnych interesów, jest do obronienia tylko w krótkim czasie" [2] - nie owija w bawełnę Marek Marian Przybylski, prezes zarządu Oficyny Wydawniczej Głos Wielkopolski.
Obecnie dziennikarstwo coraz częściej nie jest traktowane jak misja społeczna, lecz jako działalność rynkowa, której głównym zadaniem jest zarabianie pieniędzy. W ręku wydawców skupione są wszystkie decyzje finansowe, organizacyjne, personalne i wpływ na prezentowane treści. Takie uprawnienia daje wydawcy czy też - w mediach elektronicznych - nadawcy samo Prawo Prasowe. Konkretnie Artykuł 38, który obarcza odpowiedzialnością prawną za publikowane treści nie tylko autora i redaktora naczelnego, ale w równej mierze również wydawcę. W praktyce oznacza to tyle, że wydawca może na przykład zablokować publikacje nie odpowiadających jego wizji materiałów, lub wręcz narzucić redakcji swoją wizję. Andrzej Goszczyński, dyrektor Centrum Monitoringu Wolności Prasy w 1997 roku oświadczył wprost, że przepisy polskiego prawa, a zwłaszcza przepisy Prawa Prasowego nie chronią dziennikarza w relacji z jego pracodawcą. [3]
Na niekorzystną wizję wydawców narzekają przede wszystkim te redakcje, które z niezależnych tytułów stały się dodatkami do dzienników, wydawanych przez duże koncerny. Gorycz tę czują choćby pracownicy należącej do Passauer Neue Presse "Echa Ziemi Lęborskiej". "Gdy właścicielem było wydawnictwo Arkona, gazeta była rzeczywiście niezależna. Teraz jest tylko niesamodzielnym dodatkiem. Skład redakcji się zmienił. Nie ma redaktora naczelnego, a jedynie redaktor prowadzący w oddziale. No i pensje są słabe" - ocenia sytuację Zbigniew Eckner, były redaktor naczelny "Echa". [4]
W lipcu 2000 roku głośno było zmianach w bydgoskim Polskim Radiu Pomorza i Kujaw. Trzyosobowy zarząd spółki podał się do dymisji, protestując w ten sposób przeciwko upolitycznieniu nowej Rady Nadzorczej rozgłośni. Kierownictwo radia obawiało się, że nowi członkowie Rady będą wpływać na treść programów i serwisów informacyjnych. Protest nie zdał się na wiele, a dla jego uczestników skończył się w sposób opłakany. Oskarżeni o chęć upolitycznienia radia politycy skierowali do prokuratury doniesienie o tym, że odchodzący członkowie zarządu działali na szkodę spółki i bezprawnie pobrali wysokie odprawy. Sprawa jest w toku.
O tym, jak istotne jest trafienie z poruszanymi tematami w gusta wydawcy na własnej skórze przekonali się w 1998 roku dziennikarze "Ilustrowanego Kuriera Polskiego" z Bydgoszczy. Kiedy w marcu 1998 roku tytuł kupił redemptorysta o. Jan Golec, z pracy zwolniono wszystkich dziennikarzy, którzy ośmielili się nie popierać o. Tadeusza Rydzyka podczas awantury w toruńskich zakładach mięsnych "Tormięs". Nowy właściciel dobitnie pokazał pracownikom, że jakikolwiek sprzeciw wobec nakreślonej przez niego linii programowej pisma może mieć opłakane skutki. Oczywiście dla dziennikarzy.
Restrykcje praktykowane są nie tylko w mediach prywatnych. Znane są podobne przypadki w mediach publicznych. Pracodawcy naraziła się na przykład dziennikarka TV Łódź, Elżbieta Więcławska. Przygotowała bowiem program "Z kodeksem na Ty", dotyczący korupcji i zarobkach szefów TVP SA. Program został zdjęty z anteny, a we wrześniu 2000 roku dziennikarka znalazła się na liście pracowników przewidzianych do zwolnienia z pracy. W jej obronie stanęło Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, nazywając decyzję zarządu łódzkiej TVP "czystką, mającą wyeliminować rzetelnych dziennikarzy i karą za niezależność i odwagę dziennikarską". Pomimo tak stanowczego stanowiska, zarząd TV Łódź decyzji nie zmienił.
Analogiczna sytuacja miała miejsce w czerwcu 2000 roku w szczecińskim ośrodku TVP. Krzysztof Matlak, dyrektor TV Szczecin wstrzymał emisję filmu dokumentalnego "Firma". Dokument dotyczył historii ośrodka i dziennikarzy, którzy w czasach PRL sympatyzowali z ówczesną władzą. Dopiero po nagłośnieniu sprawy przez "Gazetę na Pomorzu", lokalny dodatek "Gazety Wyborczej", film trafił na antenę. Jego autorzy - w odróżnieniu od Elżbiety Więcławskiej - nie zostali ukarani za swoją odwagę.
Ofiarą każącego palca szefa padają też znane nazwiska. Mariusz Marks, jeden z najlepszych polskich reportażystów radiowych musiał pożegnać się z publicznym Radiem Wrocław za wyemitowanie reportażu o reklamującej się w mediach firmie pogrzebowej. Kierownictwo stacji uznało bowiem, że dziennikarz dopuścił się kryptoreklamy. [5] To, że Marks zdobywał reportażowe laury w kraju i za granicą nie miało dla prezesa Ireneusza Guszpita żadnego znaczenia. W jego obronie nie stanęły - jak mówi się nieoficjalnie ze strachu - działające w Radiu Wrocław związki zawodowe. Pomimo tego, że Mariusz Marks był członkiem Syndykatu Dziennikarzy Polskich i Niezależnego Związku Zawodowego Media. Oba związki zawodowe poparły decyzję zarządu, opierając się na... tej samej ekspertyzie prawnej, przygotowanej na zlecenie kierownictwa rozgłośni. W obronie dziennikarza - bezskutecznie - stanęło tylko Centrum Monitoringu i Wolności Prasy.
W konfrontacji z pracodawcą żadnych szans nie miał również Grzegorz Fafiński, dziennikarz Radia Pomorza i Kujaw. Kiedy zaprotestował przeciwko zdjęciu z anteny wypowiedzi arcybiskupa Henryka Muszyńskiego, który oskarżył media publiczne o upolitycznienie, kierownictwo rozgłośni postanowiło się z nim rozstać. Przeważył fakt, że odważny dziennikarz, nie mogąc pogodzić się z cenzorskimi decyzjami kierownictwa, poinformował o tym fakcie konkurencyjne media. Choć zespół stanął w obronie kolegi, a dwie dziennikarki poszły w ślady Fafińskiego, zarząd Radia Pomorza i Kujaw nie zmienił zdania.
W prawdziwe przerażenie wprawić mogą osoby o głębokim przeświadczeniu wolności i niezależności mediów przykłady lekceważenia tej zasady, przytoczone w miesięczniku "Press" przez anonimową czytelniczkę. [6] Zarząd miasta, wywodzący się z prawej strony sceny politycznej, ręcznie steruje samorządowym radiem. Redaktor naczelny zakazywał dziennikarzom chodzenia na konferencje prasowe, organizowane przez lewicę. Lektora wyrzucił z pracy, bo przeczytał w serwisie informację, w której pojawiało się nazwisko Kwaśniewskiego. Po zmianie władz miasta ton radiu - w podobnym stylu - nadaje obecnie lewica. W katolickim radiu ksiądz dyrektor chce zwolnić z pracy lektorkę w ciąży. W czasie rozmowy wmawia jej, że była już w ciąży, kiedy przychodziła do pracy. W komercyjnym radiu właściciel zalega z wypłatami, ale umowy o prace skonstruowane są w ten sposób, że na ich podstawie nie można dochodzić swoich praw w sądzie. W oddziale dużej stacji telewizyjnej każdy temat, który pojawia się w informacjach lokalnych, robiony jest na zamówienie lub za aprobatą właścicielki oddziału. Jest zatrudniona specjalna osoba do kontrolowania tego, co i gdzie robią dziennikarze.
Oczywiście, zawsze można sprzeciwić się decyzjom kierownictwa. Tomasz Swynarski, dziennikarz publicznego Radia Łódź SA w maju 2001 roku pozwał do Sądu Pracy kierownictwo rozgłośni, domagając się uchylenia nałożonej na niego kary nagany. Naganę otrzymał między innymi za to, że zmienił treść oświadczenia szefa SLD Leszka Millera i w zmienionej formie odczytał je w serwisach radiowych. Oświadczenie polityka dotyczyło materiału, który ukazał się nie na antenie radia, lecz w "Gazecie Łódzkiej" - lokalnym dodatku "Gazety Wyborczej". Swynarski streścił przydługie oświadczenie, zachowując - jak twierdzi - jego sens. Kierownictwo rozgłośni było odmiennego zdania. Choć Redakcja Dzienników, w której pracuje Swynarski i działające w radiu koło Syndykatu Dziennikarzy Polskich podkreślają, że dziennikarz rzetelnie wykonał swe obowiązki, a przeredagowywanie oświadczeń jest częstą praktyką pracy serwisanta - kierownictwo rozgłośni nie uchyliło kary.
W odpowiedzi na pozew prezes rozgłośni Krzysztof Jędrzejczak wyjaśnił, że dziennikarz nie wykonał trzech poleceń i są to "godne napiętnowania przykłady niesubordynacji pracownika". "Niedopuszczalne jest, aby osoba zatrudniona na stanowisku powoda wbrew wyraźnej woli zarządu decydowała o formie i treści programów radiowych. Za formę i treść odpowiada zarząd spółki i do niego należy decydowanie o kształcie audycji radiowych". Wyrok w tej sprawie jeszcze nie zapadł.
Nie wszyscy wydawcy osiągają swoje cele przez konfrontacje z zespołem redakcyjnym. Skoro istnieją tacy, którzy posługują się metodą kija, istnieć musi również i grupa wydawców, stosujących metodę marchewki. Na polskim rynku nie brak tytułów, które nie karzą za krnąbrność, lecz nagradzają za dobre realizowanie założeń. Wydawnictwo Neue Passauer Presse organizuje na przykład konkurs na najlepszego redaktora naczelnego w swoich tytułach. Wysokość otrzymywanych premii jest tajemnicą, ale na pewno przekracza kilka tysięcy złotych. [7] Formalne podpisanie umowy o pracę jest nagrodą dla najlepszych współpracowników "Dziennika Bałtyckiego". W 1999 roku wydawca - w ramach wyróżnienia rocznego - nagrodził dziesiątkę dziennikarzy "DB" wysłaniem ich na dwutygodniową wycieczkę do Rzymu.
Metoda zwana metodą marchewki jest zdecydowanie bardziej przyjazna dla dziennikarzy, niż metoda kija. Taki system motywacyjny - jak dowodzą specjaliści - jest o wiele bardziej skuteczny, a przede wszystkim mniej stresujący i frustrujący niż nieustannie wisząca nad głową groźba. Trzeba podkreślić, że nie wszyscy wydawcy wykorzystują system motywacyjny do wpływania na merytoryczną zawartość łamów. Ci, którzy mają tak niecne zamiary z reguły stosują metodę kija.
3. Media samorządowe
Media samorządowe przez kolegów z tzw. redakcji niezależnych traktowane są jak organ propagandowy urzędu. Tezie tej przeczy Krzysztof Połubiński, redaktor naczelny białostockiego radia "Akadera", wspieranego przez miejski samorząd kwotą 100 tysięcy złotych rocznie [8] : "Dziennikarze z innych białostockich mediów spodziewali się, że w momencie nawiązania współpracy z miastem staniemy się tubą propagandową Urzędu Miejskiego. Dziś wszyscy już o tych zarzutach zapomnieli. To chyba najlepiej świadczy o naszej niezależności." [9]
Skrajnym przypadkiem z drugiego bieguna jest samorządowa gazeta "Biuletyn Urzędowy", ukazująca się w Nowej Rudzie. Ukazuje się w nakładzie tysiąca egzemplarzy na terenie miasta i gminy Nowa Ruda. Składa się praktycznie jedynie z peanów na temat władz miasta. Jest przykładem bezkrytycznej tuby urzędowej. Nie może być jednak inaczej, skoro redakcję stanowią zatrudnieni w ratuszu urzędnicy, którzy mają obowiązek publikowania tekstów w samorządowym tytule. Trudno, aby sami o sobie pisali krytycznie.
Przykładem bezwolności dziennikarzy mediów samorządowych wobec lokalnej władzy jest bez wątpienia opisywany już przeze mnie przypadek, jaki wydarzył się w 1999 roku w Pruszkowie pod Warszawą. Burmistrz nakazał dziennikarzom lokalnej telewizji kablowej przeprowadzanie bezpośrednich relacji z obrad Rady Miejskiej. Sesje trafiać miały na antenę w całości i bez najmniejszego komentarza ze strony redakcji. Burmistrz wycofał się z tego nakazu dopiero po interwencji Centrum Monitoringu Wolności Prasy, które skierowało do niego list z prośbą o zaniechanie łamania prawa.
Samorządowe tytuły często służą miejscowym włodarzom do prowadzenia batalii przeciwko politycznym przeciwnikom. Jan Waleński, burmistrz Kobylina wyznał, co myśli o swym politycznym przeciwniku: "M. po pijaku chciał nam spalić Kobylin, zarzygał wóz strażacki w Zalesiu Wielkim". Burmistrz napisał to w oficjalnej samorządowej gazecie "Kobylin". Wyjątkowo numer rozszedł się w gminie jak świeże bułeczki. Waleński pisze także otwarcie i bez wielkiego wstydu o swoim przeciwniku: "A teraz istnieje obawa, że resztki spermy biją w jego psychikę (...) W obawie o tę resztę spermy radzę się ożenić".
Każdy w gminie wie, że M. to Michał Ciesielski, właściciel i wydawca opozycyjnej w Kobylinie gazety "Forum Kobylińskie". Ciesielski pisze w niej o polityce, historii i Kobylinie. Między 1990 a 1994 rokiem był pierwszym solidarnościowym burmistrzem Kobylina. Nie kryje swej niechęci do poczynań obecnych władz. Poważnie zastanawia się nad oddaniem sprawy do sądu. W tekście burmistrz Waleński pisał jeszcze: "M. gigla dziewczynki i nawet chłopców w szkole" oraz że "zawsze pije tylko na krzywy ryj".
Samorządowe tytuły prowadzają wojny przeciwko niezależnym mediom. Sytuacja taka ma miejsce na przykład w Świdnicy. Finansowany przez Urząd Miejski "Kurier Świdnicki" toczy zacięte boje z "Wiadomościami Świdnickimi", gazetą należącą do prywatnego biznesmena, właściciela kilku tytułów na Dolnym Śląsku. W samorządowym tytule nagminne jest odnoszenie się do artykułów, które pojawiły się na łamach konkurencyjnego tygodnika.
Prezydent Świdnicy dementuje nieprawdziwe informacje, odpiera zarzuty, a bywa, że stawia oskarżenia. Często dzieje się tak dlatego, że nie ma możliwości opublikowania sprostowania na łamach "Wiadomości Świdnickich". Bądź to dlatego, że treść prostowanych "u siebie" materiałów jest niepodważalna, bądź też dlatego, iż opisywane przez konkurencję sprawy nie dotyczą bezpośrednio samorządu i jego kierownictwa. Przykład zapewne nie jest odosobniony.
Niestety, oprócz kwestii rzetelności dziennikarskiej, podobne sytuacje często przekładają się na sferę czysto ludzkich i pozaredakcyjnych kontaktów. Przez pewien czas w Świdnicy panowała bowiem taka wrogość, między dwoma tygodnikami, że dziennikarze "Kuriera" nie witali się z przedstawicielami redakcji "Wiadomości". Wzajemnie i publicznie obrzucali się błotem, zarzucając sobie nierzetelność i manipulowanie czytelnikami.
Czy prasa samorządowa stwarza niebezpieczeństwo dla rzetelności dziennikarskiej? Teoria jest dość powszechna wśród dziennikarzy tak zwanych "mediów niezależnych". "Gazety wydawane przez władze z reguły mają tendencję do chwalenia władzy. W tym przypadku mamy do czynienia z sytuacją wyjątkową, choć w Polsce nie aż tak niezwykłą" - uważa Stefan Bratkowski, przedstawiciel kapituły konkursu dla dziennikarzy mediów lokalnych i regionalnych "Dziennikarze z naszych stron". [10]
Naturalnie, mamy sporo samorządów, które potrafią współpracować z gazetami lokalnymi. Nie traktują ich jak swego wroga, ale jako sojusznika w realizacji zadań wobec społeczności lokalnych. "Jeżeli dochodzi do tego rodzaju współpracy, to wyniki są wspaniałe. Niemniej wolałbym, aby samorząd tamtejszy raczej pomagał gazecie lokalnej, niż ją wydawał i firmował, ponieważ może to w sporej części mieszkańców wzbudzić nieufność i pewną podejrzliwość. Dla unikania dwuznaczności należy dążyć do tego, by gazety były samodzielne zwłaszcza, że władze się zmieniają" - kontynuuje Stefan Bratkowski.
Niebezpieczeństwo, jakie czyha na dziennikarzy zatrudnionych w mediach samorządowych, to duża łatwość przeplatania się funkcji dziennikarza z funkcją urzędnika. Dziennikarz, który traktuje pracę w samorządowej redakcji jako krok w urzędniczej karierze, przestaje być niezależny, a przez to również traci wiarygodność w oczach swoich odbiorców.
Stefan Bratkowski: "W naszym zawodzie nie powinno się łączyć funkcji dziennikarza z funkcjami władzy. Dziennikarstwo nie powinno być szczeblem do kariery o charakterze administracyjnym. Trzeba dokładnie dzielić te funkcje i myślę, że nasz zawód jest pasjonujący i stwarza ogromne perspektywy skuteczności i społecznego działania. Przynosi to więcej satysfakcji niż sprawowanie władzy, niczym nie ujmując tym, którzy tę władzę sprawują. Władza, która umie współdziałać ze swoimi obywatelami, jest władzą na pewno godną popierania przez każdą gazetę lokalną."
Media samorządowe, pomijając wszelkie zarzuty, jakie można pod ich adresem kierować, mają jedną, podstawową zaletę. Na ich łamach pojawiać się mogą ważne i pożyteczne informacje, których próżno szukać w komercyjnych mediach. Perełką, służącą za przykład, niech będzie działalność Jolanty Reisch, współpracowniczki samorządowego tytułu "Kluczborski Kurier Samorządowy". Dziennikarka na łamach gazety rozpoczęła wielką akcję społeczną, na rzecz zdobycia pieniędzy na mammograf dla kluczborskiej przychodni. O tym, jak potrzebne jest to urządzenie nikogo chyba przekonywać nie trzeba. Jolanta Reisch szukała sponsorów, zachęcała kolegów z innych redakcji i apelowała o wsparcie do czytelników. Wysiłek się opłacił - kluczborska przychodnia ma dziś nowoczesny mammograf. Docenione zostało również poświęcenie samorządowej dziennikarki. Teksty i audycje radiowe, poświęcone tej szczytnej sprawie dały Jolancie Reisch główną nagrodę w konkursie dla dziennikarzy mediów lokalnych i regionalnych "Dziennikarze z naszych stron".
Stefan Bratkowski: "Z pozoru temat mammografu nie jest tematem nośnym. Jolanta Reisch jednak potrafiła zrobić z niego przedmiot zainteresowania czytelników i słuchaczy, przedmiot całej kampanii społecznej. Podejrzewam, że udaje się jej wszystko czego się podejmie. Czytając opinie, dołączone do wniosku nominacyjnego, widać, że jest ona lubiana i szanowana przez samorząd, swoją gazetę i społeczność. Iskra boża, która w niej tkwi jest sprawą tak oczywistą, że wszyscy to akceptują. Podejrzewam, że Jolancie Reisch wiele się udaje, ponieważ wszyscy wiedzą o jej bezinteresowności. Gdyby to robiła starając się o władzę automatycznie dorobiono by do jej działania intencje co najmniej dwuznaczne."
Organizowanie kampanii społecznych to dla mediów samorządowych niesłychanie szerokie pole do popisu. Tym bardziej, że korzyści z nich płynące to nie tylko osiągnięcie szlachetnego, społecznego celu akcji. Choć ten aspekt jest oczywiście najważniejszy, nie sposób pominąć prestiżu, jaki zdobywa organizator, czyli w tym przypadku samorządowa redakcja. Dla wydającego czasopismo samorządu jest to ponadto powód do chwały i szansa na zyskanie uznania w oczach ludzi, czyli - de facto - potencjalnych wyborców. Stąd też szansa, że podobnych akcji będzie w Polsce coraz więcej. Tym bardziej, że na początku XXI wieku okazują się być one coraz bardziej potrzebne.
*****
  • [1] Marcin Baranowski, Izdebski znów oskarża, "Press" nr 5/1999
  • [2] Monika Polewska, Nie rzucim "Głosu" - wywiad z Markiem Marianem Przybylskim, prezesem Oficyny Wydawniczej Głos Wielkopolski, "Press" nr 11/1998
  • [3] Ewa Nowińska, Andrzej Goszczyński, Kłopoty z wolnością, "Polityka" nr 40/1997
  • [4] Anna Lewicka, Tygodnikowy biznes, "Press" nr 5/2001
  • [5] Tomasz Duda, Kryptozwolnienie, "Press" nr 10/2000
  • [6] Czytelniczka, Głos z prowincji, "Press" nr 2/2001
  • [7] Katarzyna Kowalewska, Kij i marchewka, "Press" nr 10/1999
  • [8] dane za rok 1999
  • [9] Rafał Rudnicki, Lokalność i mniejszości, "Press" nr 11/19990
  • [10] Agnieszka Prawdzic, Barbara Wiśniewska, Moc sprawcza słów - prasa lokalna równorzędnym partnerem mediów ogólnopolskim; wywiad ze Stefanem Bratkowskim, przewodniczącym kapituły konkursu "Dziennikarz z naszych stron", Wiadomości Wirtualnej Polski, 11 września 2000

Zobacz artykuły na podobny temat:

Jak zdać na dziennikarstwo. Prawo prasowe

© by Dawid Federowicz & Oficyna Studencka CEZAR
Co się zdaje na wstępnym, gdzie można studiować i na czym dziennikarstwo w ogóle polega.

Sztuka robienia wywiadu twarzą w twarz

Patrycja Kierzkowska
Jedna z najtrudniejszych form wywiadu i wydaje mi się, że nieco zanikająca. Starą, dobrą szkołę widać teraz chyba już tylko w tygodnikach politycznych albo Dużym Formacie Gazety Wyborczej.

Reklama ukryta

Biuro Reklamy TVP S.A.
W przekazywanych informacjach należy unikać sformułowań wartościujących, podkreślających zalety lub zachęcających do korzystania z towarów lub usług. Publikacja dzięki uprzejmości Komisji Etyki TVP.

praca w mediach

Whitepress

reklama

Dwornik.pl • szkolenia • warsztaty • marketing internetowy




zarabiaj

Zarabiaj z Reporterzy.info

więcej ofert

Reporterzy.info

Dla głodnych wiedzy

Nasze serwisy

Współpraca


© Bartłomiej Dwornik 2oo1-2o17