menu
tygodnik internetowy ISSN 2544-5839
nowe artykuły w każdy poniedziałek
tytuł monitorowany przez IMM

29.11.2001 Warsztat reportera

Media lokalne - wolność słowa

Bartłomiej Dwornik

Nadużywanie wolności wypowiedzi jest równie nagminne co nakładanie dziennikarzom kagańca. Choć Prawo Prasowe i Konstytucja gwarantują tę podstawową wolność każdemu.

1. Wolność wypowiedzi


Słowo wypowiedziane w małym mieście ma większą siłę rażenia. Media lokalne i regionalne mają tę przewagę nad ogólnopolskimi, że zajmują się tematami i osobami, które dla większości odbiorców są bliskie. Dziennikarz, który na co dzień żyje problemami społeczności lokalnej, siłą rzeczy zna je bardzo dobrze. Redaktor "Wiadomości Świebodzickich" będzie wiedział więcej na temat niezgodnych z prawem praktyk swojego burmistrza, niż reporter "Gazety Wyborczej".

Co równie ważne, media lokalne docierają do ludzi, o których piszą. Czytelnik, widz czy słuchacz jest skłonny wierzyć im bezgranicznie. Zwłaszcza, jeśli zna autora osobiście i ma do niego zaufanie. Kamera, mikrofon i długopis w rękach lokalnego dziennikarza stanowią potężny oręż. Możliwość kreowania opinii publicznej, nawet w niewielkim środowisku, jest tą formą władzy, której lekceważyć nie wolno.

Problem zaczyna się w chwili, kiedy wolność wypowiedzi jest nadużywana lub ograniczana. Choć Prawo Prasowe i Konstytucja gwarantują tę podstawową wolność każdemu, media lokalne nie zawsze potrafią z niej korzystać. Nadużywanie wolności wypowiedzi jest równie nagminne co nakładanie dziennikarzom kagańca:

"O tym, że członkowie redakcji "Wiadomości Oławskich" odnoszą się do Waldemara Wiązowskiego z nienawiścią, którą demonstrują we wszelkich możliwych miejscach i formach (począwszy od żartów, poprzez galerie w obiektywie i felietony, kończąc na tzw. "poważnych publikacjach") wiedzą zapewne wszyscy, których interesuje lokalna polityka. Lecz o tym, że redakcja "Wiadomości Oławskich" łamie podstawowe zasady prawa prasowego i dziennikarskiej etyki wie już niewiele osób!" [1] Informacja o tej treści pojawiła się 17 marca 2001 roku na samorządowej stronie internetowej Oławy.

Burmistrz Waldemar Wiązowski uznał, że jest to jedyna droga obrony przed atakami gazety:

"Przy tej okazji pragnę odpowiedzieć wszystkim oławianom, dlaczego tak często zmuszony jestem umieszczać swoje komentarze właśnie na stronie samorządowej. Powód jest ciągle ten sam. Na stronach gazety "Wiadomości Oławskie" redakcja, odmawia mi prawa do obrony oraz miejsca na prezentację stanowisk i sprostowań dotyczących działalności miejskiej."

Redakcja tłumaczy swoją batalię przeciwko władzom gminy właśnie konstytucyjną wolnością wypowiedzi. Powstaje jednak pytanie czy formułując nawet najbardziej uzasadnione oskarżenia, nie powinno się dać możliwości obrony atakowanej stronie. "Wiadomości Oławskie" same korzystają z dobrodziejstwa tejże wolności, ale odmawiają jej innym. Internetowa witryna Urzędu Miejskiego nie jest wszak tak szeroko dostępna dla oławian, jak gazeta, którą kupić można w każdym kiosku.

Zdarzają się jednak również sytuacje odwrotne. Lokalne media często powiązane są z ważnymi i wpływowymi w regionie osobami bądź instytucjami. Tygodnik "Nowe Wiadomości Wałbrzyskie", finansowany przez Dolnośląski Zakład Termoenergetyczny nie pokusił się o napisanie ani jednego słowa krytyki podczas wojny o dolnośląski rynek ciepłowniczy. Wszystkie niemal redakcje grzmiały o przykładach zakulisowych i często nieetycznych wyczynach starających się o intratne kontrakty spółek. NWW grzmiały również - pomijając jednak skrzętnie te, będące udziałem DZT, jednego z uczestników rozgrywki.

Najtrudniejsze zadanie stoi przed dziennikarzami tytułów samorządowych. Ze świecą można by szukać w tych mediach przykładów krytycznych materiałów o samorządach. W myśl zasady, że nie kąsa się ręki która karmi, prasa samorządowa do upadłego bronić będzie skorumpowanego mocodawcę. Nawet kosztem narażenia się na śmieszność i utratę zaufania odbiorców. Wolność wypowiedzi często bywa tu mocno ograniczana. Dziennikarz samorządowego "Kuriera Świdnickiego", próbując opublikować artykuł krytyczny w stosunku do prezydenta miasta czy przewodniczącego Rady Miejskiej ryzykuje nie tylko upomnienie od redaktora naczelnego, ale wręcz utratę pracy. W tej sytuacji zastanowi się dwa razy, zanim postanowi walczyć o wolność wypowiedzi. W końcu uzna, że lepiej schować ambicję do kieszeni i nie ryzykować.

Czasem zdarza się, że instytucje, które z założenia powinny stać na straży wolności słowa i prawa opinii publicznej do rzetelnej informacji - polskie sądy - obracają się przeciwko mediom. Najbardziej znanym przypadkiem tego typu jest niewątpliwie wyrok warszawskiego Sądu Okręgowego w sprawie Aleksander Kwaśniewski przeciwko redakcji "Życia". Sędzia postanowił ocenić czy dziennikarze zebrali materiał rzetelnie, czy też nie. Wywołało to niesłychaną burzę w mediach. Pojawił się dwugłos - od stanowisk, że wyrok zmusi dziennikarzy do lepszej weryfikacji zebranych informacji, po alarmujące głosy o kneblowaniu prasy i ograniczaniu jej wolności.

Na tym polu znaczące miejsce ma również prasa lokalna. Równie głośna, jak sprawa "Życia" była w 1998 roku historia gdańskiego "Dziennika Bałtyckiego". Jego dziennikarz Jan Kreft opisał interesy prowadzone przez warszawską spółkę "Banpol" z gdańskim okręgiem Poczty Polskiej. [2]

Oczywiście - jak łatwo się domyślić - były one bardzo niekorzystne dla państwowej firmy. Po kilkuodcinkowej publikacji, odsłaniającej kawałek po kawałku wypompowywanie pieniędzy z Poczty "Banpol" wniósł sprawę o ochronę dóbr osobistych przeciwko Kreftowi i redaktorowi naczelnemu "Dziennika Bałtyckiego". Zażądał 3 milionów złotych odszkodowania i złożył wniosek o zabezpieczenie powództwa, czyli po prostu sądowy zakaz publikowania przez "Dziennik" czegokolwiek na temat spółki. Sąd Wojewódzki w Gdańsku 24 listopada 1998 roku przychylił się do tego wniosku.

"Komentarze ekspertów na temat tej sprawy są podobne: taki środek prawny musi być stosowany ostrożnie, ponieważ jego nadużycie może prowadzić do ograniczenia wolności słowa. Zdaniem prasoznawcy z Uniwersytetu Gdańskiego, prof. Wiktora Peplińskiego, zakaz rozpowszechniania informacji staje się w Polsce usankcjonowaną prawem formą utajonej cenzury." [3] W obronie "Dziennika Bałtyckiego" stanęły wówczas niemal wszystkie media. Zarówno ogólnopolskie, jak i regionalne:

"Zakaz publikacji nie może (...) odnosić się do tekstów nieistniejących i nieznanych sądowi. (...) Postanowienie wydane wobec "Dziennika Bałtyckiego" jest już kolejnym, w którym sąd podejmuje się roli cenzury prewencyjnej, zakazanej Art. 54 ust. 2 Konstytucji RP. Uważamy tę praktykę za niezgodną z prawem, a ponadto drastycznie zagrażającą wolności prasy w Polsce [4] - grzmieli Andrzej Goszczyński i prof. Andrzej Rzepliński z Centrum Monitoringu i Wolności Prasy. "Polskie sądy mają poważne kłopoty z rozróżnieniem ochrony reputacji od zamachu na wolność słowa. Decyzje sądów dowodzą, że stawiają one interes firm nad wolnością wypowiedzi" - relacjonował Maciej Atowski na łamach "The Warsaw Voice" [5] "To szczególnie drastyczny przypadek ograniczania wolności prasy: jakiekolwiek przyszłe artykuły "Dziennika Bałtyckiego" na temat "Banpolu" są z góry przekreślone czerwonym ołówkiem sędziego z Gdańska!" - protestował Wojciech Sadurski z "Rzeczpospolitej". [6]

Sąd nie uznał jednakowóż protestów, a "Banpol" tak się rozochocił, że pozwał do sądu "Rzeczpospolitą", która poszła tropem "Dziennika Bałtyckiego" i też obszernie zajęła się tematem. Proces przeciwko "Dziennikowi Bałtyckiemu" zakończył się dopiero w marcu 2001 roku. Sąd zawyrokował, że gazeta nie naruszyła wizerunku "Banpolu" i nie musi płacić trzech milionów złotych odszkodowania.

Przypadek ten nie jest - niestety - odosobniony. Pod koniec 1999 roku sąd zakazał "Nowemu Kurierowi Szczecińskiemu" nie tylko pisania, ale nawet zbierania informacji na temat trzech radnych, podejrzanych o wykorzystywanie stanowisk do przekazania miejskich gruntów spółdzielni mieszkaniowej "Bryza". Wszyscy działali w spółdzielni równie aktywnie jak w magistracie, a smaczku sprawie dodawał fakt, iż jeden z radnych jest równocześnie prezesem "Bryzy". Gazeta dotarła do informacji, że pozyskane od miasta grunty spółdzielnia ta z ogromnym zyskiem sprzedała pod budowę supermarketu. Sąd Okręgowy w Szczecinie, na wniosek radnych postanowił jednak zamknąć usta dziennikarzom.

"Wyrok ten stoi w kolizji z obowiązującym w Polsce prawem. (...) Bulwersujący wydaje się przy tym fakt, iż wyrok zapadł przeciwko redakcji, próbującej wyświetlić ważny dla obywateli Szczecina problem(...)" - bronił "Nowego Kuriera" w imieniu Centrum Monitoringu Wolności Prasy jego dyrektor Andrzej Goszczyński. [7] "Wydział cywilny szczecińskiego Sądu Okręgowego zadbał o interesy radnych" - wtórowali solidarnie dziennikarze "Gazety Wyborczej". [8] Na łamach swojej gazety obiecali, iż nadal będą informować o interesach szczecińskich radnych i "Bryzie".

Przy tak wielkiej fali protestów trzeźwość wykazał dopiero Sąd Apelacyjny w Szczecinie, który uchylił wyrok sądu pierwszej instancji. Sprawa odbiła się szerokim echem nie tylko w Polsce. Proces przeciwko "Nowemu Kurierowi Szczecińskiego" odnotował w 1999 roku Departament Stanu USA w przygotowywanym co roku raporcie o przestrzeganiu praw człowieka na świecie. [9]

Przykład z drugiej strony barykady: kraśnicka prokuratura oskarżyła burmistrza Kraśnika Piotra Czubińskiego o utrudnianie krytyki prasowej, czyli naruszenie ustawy Prawo Prasowe. Zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa złożył Mirosław Sznajder, wydawca i redaktor naczelny "Nowin Kraśnickich". 24 kwietnia 2001 roku Sąd Okręgowy w Lublinie postanowił jednak umorzyć postępowanie. Nie doszukał się w działaniu burmistrza zarzucanych czynów.

Zamach na wolność prasy nie zawsze kończy się ogólnopolskim echem i nie zawsze dotyczy zakazów. Bywają również sytuacje odwrotne, kiedy dziennikarze zmuszani są do publikowania określonych treści. Przykładem może być tutaj przypadek z Pruszkowa. Tamtejszy burmistrz nakazał miejscowej telewizji kablowej transmitowanie w całości posiedzeń Rady Miejskiej. W relacjach nie mogło znaleźć się ani jedno słowo dziennikarskiego komentarza. Redakcja telewizyjnego dziennika zgłosiła problem do Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Dopiero po interwencji CMWP burmistrz odstąpił od karkołomnego pomysłu.

Marcin Barnowski, dziennikarz "Głosu Pomorza" zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt, który niewątpliwie ma wpływ na wolność wypowiedzi mediów: "Biznes coraz skuteczniej wpływa na publikacje w mediach." Andrzej Goszczyński, szef Centrum Monitoringu i Wolności Prasy pod koniec roku 1999 mówił wprost: "To ciemna strona polskich mediów. Biznes o wiele skuteczniej zamyka dziennikarzom usta niż politycy." Do Centrum docierają bowiem sygnały o próbach przekupywania dziennikarzy. Andrzej Goszczyński: "Przedsiębiorcy płacą za dokopywanie konkurencji albo za zaniechanie niekorzystnego dla nich tematu. Niektóre firmy próbują wpływać na gazety, zamawiając na przykład serie reklam. Wtedy redakcja poważnie się zastanowi, zanim napisze, że reklamodawca np. zatruwa środowisko." [10]

Dowód tej tezie daje Jacek Łęski, redaktor naczelny "Gazety Radomszczańskiej": "Grożono nam wycofaniem reklamy, bo opisaliśmy firmę krytycznie. Nigdy się nie ugięliśmy."10 Pytaniem otwartym pozostaje, ilu się ugięło. I wciąż ugina.
Polskie media, po dwunastu latach demokracji wciąż mają kłopoty z wolnością wypowiedzi. Problem sygnalizowali już w 1997 roku na łamach "Polityki" Ewa Nowińska i Andrzej Goszczyński: Przebudowa rynku mediów po 1989 roku sprawiła, że dziennikarze okazali się jedną z tych grup społecznych w Polsce, które - w pewnym sensie - ukręciły powróz na własną szyję. Zmianie ustrojowej towarzyszyły ideały wolności słowa, swobody wypowiedzi i definitywnego zniesienia cenzury. Również przekształcenia własnościowe rynku prasowego służyć miały wolności i demokracji. Jeśli zatem po ośmiu latach pytamy o to, kto naprawdę rządzi mediami, oznacza to, że styl tych rządów coraz bardziej nas niepokoi. [11]

2. Udzielanie informacji


"Samorządowcom nie opłaca się prowadzić walki z niezależną gazetą. Zwłaszcza taką, która istnieje od kilku lat i jest zakorzeniona w środowisku. Samorządowcy mogą wygrać bitwę, ale ostateczną walkę najczęściej przegrywają. Władze bowiem się zmienią, a gazeta pozostanie." [12]

Tezę postawioną przez Kamilę Mróz z "Tygodnika Tucholskiego" każdy samorząd powinien umieścić na dużej tablicy w sali swoich obrad. Walka polityków z dziennikarzami toczy się bowiem nieustannie, a w małych społecznościach jej skutki bywają opłakane.

Walka urzędów z redakcjami bierze się najczęściej stąd, że obie te instytucje mają zupełnie odmienny pogląd na to, co dla odbiorców mediów jest ważne. Rada Miejska w Suszu posunęła się nawet do tego, że poucza dziennikarzy "Nowego Kuriera Iławskiego" czym powinni zajmować się na swoich łamach. [13] Nikt nie lubi być kontrolowany, a właśnie z wypełnianiem przez media kontrolnej funkcji najtrudniej się samorządom pogodzić. Dlatego właśnie najczęściej łamanym przez polityków na wszystkich szczeblach władz, dyrektorów i szefów wszelkiej maści instytucji publicznych i prywatnych prawem jest prawo do informacji, w imieniu społeczeństwa wykorzystywane najczęściej właśnie przez dziennikarzy.
Los taki spotkał między innymi dziennikarzy Tygodnika Tucholskiego, o czym nie omieszkali napisać na swoich łamach:
"Dyrektor szpitala Izabela Bartkowiak i wicedyrektor Jarosław Katulski podjęli decyzję, że nie będą udzielać "Tygodnikowi Tucholskiemu" informacji na temat zdarzeń w pogotowiu ratunkowym. Przyczyną bez wątpienia jest artykuł, który ukazał się tydzień temu, a dotyczył między innymi opuszczenia sylwestrowego dyżuru przez wicedyrektora, który w tym czasie bawił się na zabawie." [14]

Z podobnym problemem przyszło zmierzyć się dziennikarzom "Głosu Pomorza":

"Przedwczoraj, we wtorkowym wydaniu "GP", informowaliśmy, że władze Bałtyckiej Wyższej Szkoły Humanistycznej miały spotkać się ze studentami, aby poinformować ich o aktualnej sytuacji uczelni w świetle znanych publicznie faktów: m.in. wniosku ZUS o upadłość uczelni oraz tymczasowego (do końca czerwca br.) pozwolenia na działalność edukacyjną.

Do spotkania doszło, ale nadal oficjalnie nie wiemy, co usłyszeli studenci (nie wszyscy przecież byli na spotkaniu). Prorektor BWSH, dr hab. Andrzej Ostrokólski, prof. BWSH, płk WP w stanie spoczynku, sprzeciwił się obecności dziennikarzy na spotkaniu. Na pytania, które mu postawiliśmy w tej sprawie, pan rektor zgodził się odpowiedzieć jedynie po przedstawieniu ich na piśmie. W interesie zaniepokojonych sytuacją studentów BWSH zrobiliśmy wyjątek. Oficjalne pismo z pytaniami trafiło do biura prorektora tego samego dnia, około godziny 14 (choć nie bez trudności, bo czterokrotnie zawodził fax, a ostatecznie pismo zawiózł do siedziby prorektora osobiście redakcyjny kierowca). (...) Prosiliśmy o odpowiedź już we wtorek, aby móc niezwłocznie powiadomić rzesze studentów, żywo zainteresowanych rozwojem wypadków. We wtorek jej jednak nie otrzymaliśmy. Prorektor nie zawiadomił nas także, że odpowiedzi nie będzie. Wczoraj, po kilku monitach, od sekretarki usłyszeliśmy: "Odpowiedź jest przygotowywana. "GP" otrzyma ją zgodnie z prawem prasowym"." [15]

Blokada na informację jest częstym rewanżem obrażonych samorządowców za nieprzychylne teksty pod ich adresem. Emocje i niezdolność do sensownego reagowania na krytykę biorą górę nad kompetencją.

"Gazeta Tczewska" miała szlaban na informacje z Urzędu Gminy w Gniewie, po tym jak na pierwszej stronie opublikowała uwiecznioną na fotografii szarpaninę pomiędzy jednym z sołtysów a wiceburmistrzem tego miasta. Do rękoczynów doszło podczas gorącej debaty na temat stanu oświaty w gminie. Przedstawiciele samorządu uznali, że gazeta nie miała prawa publikować takiego zdjęcia i zastosowali wobec niej blokadę informacyjną. [16]
Nieco odmienną, choć w skutkach bardzo podobną metodę stosował wobec dziennikarzy wójt gminy Cekcyn w powiecie Tucholskim. Osobiście cenzurował materiały z sesji samorządu. Dziennikarzom tłumaczył, że przekazuje im to, co na sesji było najważniejsze. Redakcje obeszły te proceder w niecodzienny sposób - oficjalnie kupują protokoły od przewodniczącego Rady Gminy.

W Ostródzie tamtejsi radni wpadli pod koniec 1996 roku na pomysł zakazania filmowania obrad. Uznali nawet, że przy zgodzie większości radnych z sali będzie można wyprosić wszystkich dziennikarzy. Kilka tygodni później na identyczne rozwiązanie przystali radni z Przemyśla. Oba przypadki spotkały się z natychmiastowym protestem lokalnych redakcji. Wsparły je zgodnie tytuły ogólnopolskie - "Rzeczpospolita" i "Gazeta Wyborcza". W sprawie tych i wszystkich wcześniejszych przypadków utajniania obrad samorządów stanowisko zajęło Centrum Monitoringu i Wolności Prasy. Zaapelowało jednocześnie do wszystkich samorządów o zaniechanie tej praktyki, a do posłów - o jak najszybszą regulację prawną. [17]
Efekt - jak łatwo się domyślić - był raczej znikomy. W marcu 1999 roku kolejni samorządowcy postanowili nałożyć prasie knebel. Rada Miejska w Ostródzie nakazała mediom autoryzować dosłownie cytowane wypowiedzi radnych, padających podczas obrad. Jak na ironię, przewodniczący Rady, Tadeusz Łukasiewicz argumentował tę decyzję... zapisami Prawa Prasowego. [18]

W grudniu 1999 roku barierę postawili dziennikarzom samorządowcy z Wałbrzycha. Rada Miejska uchwaliła powołanie w urzędzie pełnomocnika ochrony informacji niejawnych. Niepoważnie brzmiał zwłaszcza jeden z obowiązków pełnomocnika: "chronienie informacji, które mogą naruszyć prestiż urzędu". [19] Naczelnicy wszystkich wydziałów Urzędu Miejskiego mieli przygotować listę dokumentów, które powinny być tajne. Decyzję o tym, które dokumenty mają na nią trafić, a które nie - pozostawiono jednak nie zapisom ustawy, lecz poszczególnym urzędnikom. Niepokojący i bardzo podejrzany był fakt, że odgórnie zadecydowano o utajnieniu wszystkich umów międzynarodowych, podpisywanych przez wałbrzyski Urząd Miejski. Protesty opozycyjnych radnych i wałbrzyskich dziennikarzy były natychmiastowe. Urząd dopiero po roku wycofał się ze swoich pomysłów.

W regulaminie Rady Miasta i Gminy Żychlin znalazł się w 2000 roku zapis następującej treści: "na wniosek co najmniej 1/4 liczby radnych obecnych na sesji, Rada może postanowić, iż ze względu na ważny interes społeczny gminy lub poszczególnych obywateli, cała sesja lub obrady nad poszczególnymi punktami porządku obrad odbędą się przy drzwiach zamkniętych". Centrum Monitoringu Wolności Prasy, zaalarmowane przez dziennikarzy "Nowego Łowiczanina" skierowało do wojewody łódzkiego pismo z żądaniem anulowania powyższego przepisu, jako sprzecznego z Konstytucją i Prawem Prasowym. W dniu 13 lipca 2000 roku wojewoda orzekł o niezgodności z prawem powyższego postanowienia regulaminu.

Na niczym spełzły zaś wysiłki dziennikarzy "Gazety Goleniowskiej", którzy w lutym 2001 roku starali się odblokować dostęp do informacji Urzędu Miejskiego w Goleniowie. Problem był bardzo poważny - urzędnicy różnego szczebla, ani ich przełożeni nie chcieli udzielać informacji bez zgody burmistrza. Burmistrz zaś wszelkimi sposobami unikał normalnych kontaktów z dziennikarzami. Nie pomógł nawet list otwarty do radnych, w którym dziennikarze prosili ich o pomoc. [20] Przedstawiciele mieszkańców gminy nie uznali za stosowne zająć się tą sprawą.

Tajne obrady to praktyka stosowana nie tylko w samorządach. W kwietniu 2001 roku Zachodniopomorska Regionalna Kasa Chorych nie wpuściła na swoje posiedzenie dziennikarski "Gazety na Pomorzu", lokalnego dodatku "Gazety Wyborczej". Rada ZRKCh zajmowała się wówczas kontrowersyjnym zakupem nowej siedziby i podziałem pieniędzy ze składek ubezpieczeniowych. Jej zarząd uzasadnił decyzję... Prawem Prasowym.

Naruszeniem obowiązku udzielania informacji jest przekazywanie informacji tylko wybranym tytułom. Niestety, jest to praktyka stosowana nader często.

W czerwcu 2001 roku na ogrodzony teren prac ekshumacyjnych w Jedwabnem zostały wpuszczone osoby towarzyszące Zygmuntowi Nissenbaumowi, prezesowi Fundacji Rodziny Nissenbaumów. Były to jedyne osoby, którym zezwolono na sfilmowanie terenu ekshumacji. Zdjęcia zostały natychmiast sprzedane telewizji komercyjnej i wyemitowane wieczorem tego samego dnia przez TVN. Nie dopuszczono natomiast na miejsce ekshumacji żadnego z obecnych w Jedwabnem dziennikarzy.
"Protestujemy przeciwko dyskryminowaniu nas, dziennikarzy i dzieleniu na godnych i niegodnych dostępu do informacji. Domagamy się wyjaśnienia tego przykrego incydentu - list tej treści wystosowali do prof. Leona Kieresa, prezesa Instytutu Pamięci Narodowej dziennikarze Polskiego Radia Białystok SA, "Gazety Współczesnej", "Kuriera Porannego", Telewizji Polskiej SA Oddział w Białymstoku i "Gazety Wyborczej - Gazety w Białymstoku".

Klinicznym przykładem na wybiórcze traktowanie mediów było jeszcze niedawno Zakopane. "Podzial na media uprzywilejowane oraz te na cenzurowanym poglebil sie, gdy Zakopane Kandydowalo do organizacji zimowej olimpiady. Redakcje, które nie pochwalaly staran wladz miasta, mialy utrudniony dostep do informacji nie tylko miejskich, ale takze olimpijskich" [21] - wytyka dziennikarz Maciej Krupa. Miejscowy "Tygodnik Podhalanski" za cykl krytycznych artykulów o burmistrzu nie tylko mial utrudniony dostep do informacji, ale na dodatek stracil finansowana przez samorzad kolumne informacyjna.

Najczestszy przypadek lamania prawa do informacji to jednak utajnianie urzedowych dokumentów. Poczynajac od umów, zawieranych przez urzedników z zewnetrznymi inwestorami, po protokoly z posiedzen komisji samorzadowych. Równie czesto scisla tajemnica samorzady okrywaja wysokosci swoich zarobków, choc te pochodza bezposrednio z podatków, czyli z pieniedzy wszystkich obywateli. Przedstawiciele urzedów - tak, jak na przyklad wlodarze Radomska - zaslaniaja sie tym, ze wysokosc wynagrodzen podlega ochronie przez Ustawe o ochronie dóbr osobistych. Czesto sami w to wierza, choc - oczywiscie - sa w bledzie. [22] Juz w 1993 roku Naczelny Sad Administracyjny orzekl, iz "wynagrodzenie pracowników samorzadowych nie stanowi tajemnicy panstwowej ani sluzbowej, nie moze tez byc zaliczone do danych dotyczacych prywatnej sfery zycia, o jakich mowa w art. 14 ust. 6 Prawa Prasowego." [23]

Odmowa udzielenia informacji prasie równiez klóci sie z obowiazujacym w Polsce prawem. W rozporzadzeniu Rady Ministrów z 7 listopada 1995 roku w sprawie trybu udostepniania prasie informacji oraz organizacji i zadan rzeczników prasowych w urzedach organów samorzadowych sprawa wydaje sie byc wyraznie uregulowana. Rozporzadzenie naklada na samorzady konkretne obowiazki: udzielania pelnych, rzetelnych i aktualnych informacji, odpowiadania na pytania dziennikarzy najpózniej w ciagu 24 godzin, wykazywania inicjatywy w nawiazywaniu kontaktów z prasa, w przypadku odmowy przedstawienia racjonalnych powodów (np. tajemnica panstwowa), przeciwdzialania hamowania krytyki prasowej czy wreszcie obowiazek odpowiedzi na krytyke prasowa.

Pomimo tak przejrzystych zapisów, samorządy często je bagatelizują.

Centrum Monitoringu Wolnosci Prasy przygotowalo na poczatku 1997 roku specjalna informacje dla wszystkich dziennikarzy mediów lokalnych i regionalnych, którzy spotykali sie z podobnymi problemami. CMWP podaje szczególowo wszystkie akty prawne, na jakie moze powolac sie dziennikarz, zadajac odpowiedzi na powyzsze pytania. [24]

Dziennikarze moga powolac sie na przyklad na wspomniany wyrok Naczelnego Sadu Administracyjnego z 8 lutego 1993 roku. Sad orzekl, iz wynagrodzenie pracowników samorzadowych - w tym burmistrza, zastepcy burmistrza i skarbnika - nie stanowi tajemnicy panstwowej i sluzbowej w rozumieniu ustawy. Nie do wszystkich samorzadów przemówila nawet taka argumentacja.

Nagminnie jest tu naduzywany zapis Artykulu 4 Prawa Prasowego. Dr hab. Ewa Nowinska z Instytutu Wynalazczosci i Ochrony Wlasnosci Intelektualnej Uniwersytetu Jagiellonskiego, dowodzi ze instytucje wszelkiego typu dowolnie interpretuja zapis nakladajacy na nie obowiazek udzielania informacji mediom. [25] Przykladem byc moze wprowadzenie akredytacji na jawne z zasady obrady cial samorzadowych. Oczywiscie, mozna domagac sie respektowania zapisów Prawa Prasowego przed sadem, jednak nie w kazdym przypadku, co tez budzic moze zastrzezenia.

Ewa Nowinska: "Z kontrolnej drogi sadowej nie mozna skorzystac w przypadku, gdy odmowa pochodzi od organów wladzy panstwowej lub wymiaru sprawiedliwosci. Mozna miec watpliwosci co do slusznosci tego przepisu, szczególnie w odniesieniu do organów wladzy. Jak sie wydaje, nie ma powodów, aby sad nie kontrolowal zasadnosci ich negatywnego stanowiska wobec zabiegów dziennikarzy. Doswiadczenie wskazuje, ze nie mozna do konca ufac w prawidlowosci postepowania przedstawicieli wladzy panstwowej. Przepis ten jest znakiem czasów, w jakich powstawala ta ustawa."

Te ostatnie staly sie powodem kilku procesów przed Naczelnym Sądem Administracyjnym. Pionierska sprawa dotyczyła tygodnika "Słowo Podlasia", które skierowało przed NSA sprawę przeciwko samorządowcom z gminy Łosice, którzy nie chcieli udostępnić protokołu z posiedzenia komisji rewizyjnej tamtejszej Rady Miasta i Gminy. [26] Tematem obrad była ocena poprzedniego zarządu miasta. Początkowo NSA stał na stanowisku, że media nie mogą żądać protokołu z obrad, których jawność została wyłączona. Sąd twierdził też, iż przyznanie klauzuli tajności nie jest objęte żadną procedurą, a tym samym nie może być zaskarżone jako decyzja, postanowienie lub inny akt podlegający kontroli NSA. Jeśli organ samorządowy określi jakieś informacje, np. protokół z obrad, jako "poufne" lub "zastrzeżone" - skonstatował NSA - to tylko on lub organ nadrzędny może (ale wcale nie musi) je udostępnić.

Taki wyrok natychmiast spotkał z pełnymi oburzenia komentarzami środowiska dziennikarskiego: "Ten niedobry wyrok może zagrozić w sposób istotny realizacji - fundamentalnej w demokratycznym kraju - kontrolnej funkcji mediów, realizowanej w interesie społeczeństwa" - alarmowało Stowarzyszenie Dziennikarzy RP. [27] Centrum Monitoringu i Wolności Prasy stanęło na stanowisku, że sądowi zadano złe pytania - nie zapytano czy wolno utajniać takie posiedzenia, lecz czy dokumenty z tajnego posiedzenia też są tajne.

Od wyroku NSA prezes NSA wniósł do Sądu Najwyższego rewizję nadzwyczajną. Wyrokowi zarzucił naruszenie art. 2 i art. 4 ust. 1 do 4 prawa prasowego w związku z przepisami Konstytucji RP, tj. art. 14 (wolność prasy i innych środków społecznego przekazu); art. 61 (prawo obywatela do uzyskiwania informacji o działalności organów władzy publicznej oraz osób pełniących funkcje publiczne); art. 184 (kontrola NSA nad działalnością administracji publicznej). Sąd Najwyższy, w składzie trzech sędziów, podzielił stanowisko prezesa NSA i rewizję nadzwyczajną uwzględnił. Niestety, przypadki odmowy udzielania informacji mediom nie ustały. Większość lokalnych mediów nie chce jednak wszczynać w tej sprawie sądowych batalii. Wydaje się, że obawa przed utratą źródła informacji jest silniejsza niż dążenie do poznania prawdy. Mariusz Piotrowski, redaktor naczelny "Gazety Giżyckiej": "Od dłuższego czasu uświadamiam burmistrzowi Giżycka, że jeśli gmina będzie nas nierzetelnie informować, będziemy nierzetelnie pisać." Stanisław Sierko, redaktor naczelny "Gazety Kociewskiej": "Paranoją jest, że po dziesięciu latach istnienia samorządności my, dziennikarze, mamy takie problemy."

Na szczęście, nie brak dowodów na to, że dziennikarze wygrywają sądowe batalie o dostęp do informacji. Po pierwszej "wpadce" Naczelny Sąd Administracyjny pilniej zgłębia każdą skierowaną do niego sprawę. Dlatego redakcjom udaje się coraz częściej utrzeć nosa krnąbrnym i niechętnym do odsłaniania kulis swojej pracy urzędnikom i reprezentantom biznesu. W styczniu 2001 roku "Płońszczak Press", tygodnik powiatowy z Płońska wygrał przed NSA proces z burmistrzem tego miasta. Polityk nie chciał odpowiedzieć na pytania zadane mu pisemnie przez redakcję, argumentując ten fakt stwierdzeniem, iż wszystkie informacje dziennikarze uzyskali podczas obrad miejskiej rady. Naczelny Sąd Administracyjny nie przyznał mu jednak racji i nakazał odpowiedzieć na zadawane przez dziennikarzy pytania.

Niczego nie wskórał również sołtys Lutomierska, który nie chciał ujawniać ani dziennikarzom, ani mieszkańcom protokołów z obrad Rady Sołeckiej. Naczelny Sąd Administracyjny orzekł w tej sprawie, że "normalne stosunki panujące w organie samorządowym cechować ma jawność."

Być może wpływ na poprawę sytuacje w tej materii będzie miał prześmiewczy plebiscyt "Żelazna Kłódka", ogłoszony w 2001 roku przez redakcję tygodnika "Wprost" i Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Jego efektem ma być powstanie listy najbardziej zamkniętych i nieprzyjaznych dla dziennikarzy oraz opinii publicznej urzędów administracji państwowej, organów władzy samorządowej, sądów i innych instytucji publicznych. Stworzenie owej listy będzie częścią kampanii zbierania podpisów pod społecznym projektem Ustawy o prawie do informacji.

3. Prawdziwość przekazu


"W demokracji gazeta publikuje to, co uważa za prawdę. Weryfikują ją czytelnicy i ogłoszeniodawcy" [28] - uważa Mariusz Ziomecki z wydawnictwa Axel Springer. Według jego tezy, gazeta, która zbyt często się myli, nie przestrzega standardów, nudzi albo okazuje zbyt duży przechył na którąkolwiek za stron politycznych w końcu straci wiarygodność. Rynek sam oceni czy jest na nim miejsce na taki tytuł, czy też nie.

W podobnym tonie, podczas sejmowej debaty nad nowelizacją Prawa Prasowego wypowiadał się 20 października 1999 roku poseł Andrzej Osnowski: "Najlepszym weryfikatorem dziennikarskich umiejętności są czytelnicy, którzy sięgają lub nie po dany tytuł. Jeśli gazeta będzie kłamać, jeśli będzie robiona nieciekawie, to po prostu padnie. Jest to problem wyłącznie wydawcy. Są to jego pieniądze, jego zmartwienie." [29]

Prawo Prasowe nakłada jednak na dziennikarza obowiązek weryfikowania i rzetelnego przekazywania faktów. Jak jednak ocenić czy informacje, jakie uzyskuje dziennikarz są prawdziwe, czy też nie? Dobrym przykładem na to, jak śliska bywa granica jest przykład procesu, jaki w 1999 roku prezydent Gdańska, Paweł Adamowicz wytoczył "Gazecie Morskiej", regionalnemu dodatkowi "Gazety Wyborczej". Waldemar Kuchanny, dziennikarz "Gazety" zarzucił prezydentowi, iż ten pobrał 20 tysięcy złotych tytułem nie przysługujących mu diet. Tekst powstał na podstawie krążącego wśród gdańskich radnych anonimu. Autor nie dał prezydentowi możliwości obrony. Zdaniem Pawła Adamowicza pogwałcił więc fundamentalną zasadę obiektywizmu i poznania racji drugiej strony. Sąd Okręgowy w Gdańsku przyznał rację prezydentowi, ale dziennikarzowi się upiekło. Został uniewinniony, ponieważ sędziowie uznali, iż osoby publiczne "muszą liczyć się ze wzmożonym zainteresowaniem mediów".

Zarzuty o publikowanie nieprawdy, kierowane w stronę mediów przez osoby publiczne nie należą do rzadkości. Wiceprezydent Szczecina Dariusz Wieczorek, na konferencji prasowej 21 maja 2001 roku zarzucił wszystkim szczecińskim mediom podawanie nieprawdziwych informacji w sprawie dwóch lokali: Szmaragd i Grota, o które miasto toczyło spór z Prywatnym Przedsiębiorstwem Turystycznym "Pomerania". Wiceprezydent miał na poparcie swojego twierdzenia poważne argumenty, którym media w końcu musiały przyznać rację.

W sądzie skończyła się sprawa o napisanie nieprawdziwych informacji przez Tygodnik Powiatu Ząbkowickiego, latem 2001 roku. Ryszard Bierut, miejscowy polityk Sojuszu Lewicy Demokratycznej oskarżył redaktor naczelną i dziennikarza o naruszenie dóbr osobistych. Tygodnik napisał bowiem, iż polityk prowadzi niejasne i podejrzane interesy. Smaczku sprawie dodaje fakt, że tekst ukazał się krótko przed wyborami parlamentarnymi, w których Ryszard Bierut kandydował na posła. Przed sądem wyszło na jaw, że redakcja nie ma na potwierdzenie swoich informacji żadnych dowodów. Dziennikarz zaczerpnął je z rozmowy z sąsiadem polityka, ale nie zadał sobie trudu, aby je zweryfikować. Sąd przyznał rację Ryszardowi Bierutowi. Dziennikarzy potraktował jednak wyjątkowo łagodnie - nakazał im przeprosić polityka na łamach swojej gazety.

Instytut Wiedzy o Tożsamości "Misja Czatimii" z Lublina oskarżył przewodniczącą Ruchu Obrony Rodziny i Jednostki oraz media, które publikowały jej słowa, iż Instytut jest sektą porywającą dzieci, o naruszenie dóbr osobistych przez podanie nieprawdziwych informacji. W czerwcu 1999 roku Sąd Okręgowy w Lublinie przychylił się do stanowiska IWoT i nakazał przeproszenie pomówionych.

Sąd Okręgowy w Gdańsku udowodnił w czerwcu 2001 roku nierzetelność dziennikarzowi "Głosu Wybrzeża" Tomaszowi Gawińskiego. W cyklu publikacji, jesienią 1996 roku dziennikarz na łamach gazety oskarżył komendanta policji Mieczysława Prokopa o krycie policjantów, którzy popełnili wykroczenia lub przestępstwa. Zdaniem sądu dziennikarz nie potrafił udowodnić, że przekazane przez niego informacje są prawdziwe. Nakazał Gawińskiemu przeprosić komendanta policji i zapłacić 8 tysięcy złotych grzywny.

Nieprawdziwe informacje biorą się najczęściej stąd, że dziennikarze nie próbują nawet - co już samo w sobie jest karygodne - sprawdzić zdobytych informacji i ewentualnie zestawić ich na zasadzie sprzecznych opinii. Ofiarą takiego myślenia padła na przykład "Ziemia Kaliska", która opublikowała w kwietniu 2000 roku listę zarzutów, stawianych przez konkurencyjną stację telewizyjną Kaliskiej Telewizji Kablowej. Dziennikarze nie przedstawili racji drugiej strony konfliktu. Po stanowczym proteście jej szefa Michała Langego "Ziemia Kaliska" musiała odwołać wszystkie nieprawdziwe informacje, które znalazły się na jej łamach.

Podobny przypadek miał miejsce w Skarbmierzu na Opolszczyźnie. Lokalne media podniosły wrzawę, kiedy pojawiły się plotki o tym, że na skraju lotniska sportowego ma stanąć spalarnia odpadów. Choć doniesienia to do początku dementował wójt gminy Brzeg, a informacje w końcu okazały się niepotwierdzone, media podgrzewały sytuację. Informacje o bezpośrednim zagrożeniu sprzedają się najlepiej. W tym przypadku wobec nikogo nie wyciągnięto żadnych konsekwencji. Pozostaje tylko pytanie czy podawanie tak bulwersujących, ale niesprawdzonych informacji nie zasługuje na moralne potępienie.

O prawdziwości przekazu można dyskutować również w przypadku wywiadu dziennikarzy łódzkiego ośrodka Telewizji Polskiej z Grzegorzem Piotrowskim, zabójcą księdza Jerzego Popiełuszki. Wyemitowany 9 marca 2000 roku piętnastominutowy wywiad spowodował istne trzęsienie ziemi w łódzkiej telewizji. Morderca na pytania odpowiadał arogancko - obraził sędziów, stwierdził też, że ksiądz Popiełuszko zginął przypadkiem, "próbując uwolnić się z więzów". [30]

Wywiad wieńczyła reklamówka łódzkiego tygodnika "Fakty i Mity", które zaangażowało Piotrowskiego jako stałego felietonistę. Przekaz nie został opatrzony żadnym komentarzem. Sprawiać mógł więc wrażenie, że telewizja podpisuje się pod kłamstwami - bo inaczej nazwać tego nie można - postulowanymi przez byłego funkcjonariusza Służby Bezpieczeństwa. Reakcja polityków, Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji i wielu innych redakcji doprowadził do tego, że z pracy zwolnieni zostali dziennikarze, którzy wywiad przeprowadzili - Marek Machwitz i Dariusz Drewnicz. Prezes TVP Robert Kwiatkowski zwolnił szefa informacji i publicystyki łódzkiego ośrodka Waldemara Wiśniewskiego i redaktora wydania "Wiadomości dnia" Wojciecha Jańczyka. Szef łódzkiego ośrodka TVP Witold Skomorowski podał się do dymisji. Zwolnieni dziennikarze bronili się, że decyzja o wyemitowaniu wywiadu zapadła na najwyższym szczeblu ośrodka. Bez względu na to, kto podjął tę karkołomną decyzję, łódzki ośrodek Telewizji Polskiej stracił wiarygodność. Jak pokazały późniejsze badania Pentora, przeprowadzone na polskich telewidzach, miało to wpływ w ocenie wiarygodności całej telewizji publicznej.

W równie dużym stopniu pogwałceniem prawdziwości przekazu jest stosowane - niestety przez wszystkie media - kreowanie rzeczywistości. Dziennikarze tłumaczą, że często nie da się skręcić materiału, bez lekkiego wyreżyserowania sytuacji. Ale czy na pewno? Piotr Kobalczyk miesięczniku "Press" z kwietnia 2000 roku opisał kilka wręcz kuriozalnych sytuacji: "Redaktor gazety lokalnej na dzień przed rozpoczęciem mistrzostw świata w piłce nożnej ma tylko zdjęcie pustego stadionu, tymczasem informacja o otwarciu mistrzostw ma iść na czołówkę. Chwyta flamaster i dorysowuje sto tysięcy widzów. Zdjęcie idzie, czytelnicy nie mają zastrzeżeń. Widzowie wyglądają jak prawdziwi, bo jakość druku gazety pozostawia wiele do życzenia. (...) Ekipa jednego z regionalnych ośrodków TVP spóźnia się na głośny proces. Oskarżonego już w sądzie nie ma. Wyprowadzili go uzbrojeni policjanci w kominiarkach. Ale w telewizji pokazano jednak policjantów wyprowadzających aresztanta. Przyjaźni mediom policjanci jeszcze raz założyli kominiarki i odegrali przed kamerami całą scenę." [31]

Tak zwane "podkręcanie tematu" przeważnie nie ma negatywnych konsekwencji. Czasem bywa jednak inaczej. Kiedy na początku 2000 roku jeden z wielkopolskich dzienników poinformował, że dzieci z wiejskiej szkoły dojeżdżają do niej okratowaną więźniarką, rozpętała się ogólnopolska burza. Politycy zaatakowali ministra edukacji a wszystkie opiniotwórcze tytuły słały gromy pod adresem autorów tego pomysłu. Tymczasem okazało się, że owa "więźniarka" to zwykła, osobowa nysa. Tyle, że dziennikarzowi jednoznacznie kojarzyła się z radiowozem. Sprawa szybko została wyjaśniona, ale niesmak pozostał.

Szczeciński ośrodek Telewizji Polskiej na początku 2000 roku również wykreował bulwersujący temat. Dziennikarze pokazali akcję wyławiania zwłok z jeziora pod miastem. Relacja miała wydźwięk sensacyjny. Zdjęcia obiegły wszystkie ogólnopolskie wydania "Wiadomości" i "Panoramy". Tymczasem, jak szybko ustalili dziennikarze prasowi, była to wizja lokalna, przeprowadzona rok po całym wydarzeniu. Zarzucili telewizyjnym reporterom kreowanie rzeczywistości. Kierownictwo TV Szczecin wzięło swojego reportera w obronę, twierdząc, że pozostali dziennikarze po prostu zazdroszczą dobrego kontaktu z policjantami.

Kreowanie rzeczywistości przez media tłumaczyć można tylko jednym - sensacyjny temat łatwiej sprzedać i można na nim - bez wątpienia - znacznie lepiej zarobić. Tyle tylko, że dziennikarstwo staje się w tym przypadku sztuką samą dla siebie, a traci na tym nie kto inny, ale odbiorca. Leszek Fabiańczyk, dziennikarz koszalińskiego oddziału TV Szczecin podsumowuje tę sytuację jednoznacznie: "Powinno być tak: prawda, sens i szybkość. Jest: szybkość, szybkość, szybkość."

Prawdziwość przekazu w mediach lokalnych jest, na szczęście, łatwa do kontrolowania. Czynią to bowiem osobiście sami odbiorcy tych mediów - czytelnicy, radiosłuchacze czy telewidzowie. To oni są bowiem najczęściej bohaterami opisywanych zdarzeń i sytuacji. Czytelnicy wytkną każdy błąd. Zarówno poważny, jak i najdrobniejszą pomyłkę. Najlepiej obrazuje to anegdota, krążąca po redakcji "Kurka Mazurskiego". W gazecie ukazał się materiał o pożarze we wsi. Dziennikarka - Monika Hausman-Pniewska - napisała, że ludzie wynosili przed domy telewizory, meble i pierzyny. W dniu publikacji do redakcji zadzwoniła zbulwersowana czytelniczka. Oświadczyła stanowczo, że ani u niej w domu, ani u żadnego z sąsiadów żadnych pierzyn nie było. Wszyscy mają kołdry.

Bez trudu mieszkańcy Szczecina mogli również zdemaskować manipulację dziennikarzy "Gazeta na Pomorzu", lokalnego dodatku do "Gazety Wyborczej". Na zdjęciu mola w Międzyzdrojach z 1 lipca 2000 roku komputerowo wycięty został baner konkurencyjnego dziennika "Głos Szczeciński". [32] O ile jeszcze zrozumieć można, że redakcja "Gazety na Pomorzu" nie chciała promować konkurencyjnego tytułu, o tyle usuwanie fragmentu fotografii traktować można tylko jako kreowanie rzeczywistości. Choć w tym przypadku można raczej mówić - a jest to określenie o wiele lepsze - o jej tuszowaniu.

Ostatni przykład to sprawa wytoczona dolnośląskiemu dziennikowi "Wieczór Wrocławia" przez Janusza Korwina Mikkego, który kandydował we Wrocławiu do fotela senatorskiego. Gazeta ewidentnie przekręciła słowa polityka. Dziennikarz, relacjonujący spotkanie wyborcze lidera Unii Polityki Realnej napisał, że polityk UPR w czasie wiecu wypowiedział takie stwierdzenie, że "za Hitlera było lepiej". Tak też zatytułował tekst, poświęcony kampanii UPR. Korwin-Mikke oskarżył gazetę o przekręcenie jego wypowiedzi i w trybie wyborczym podał ją do sądu.

Sąd Okręgowy we Wrocławiu przyznał rację politykowi i stwierdził, że ten nie wypowiedział słów "Za Hitlera było lepiej". Podczas wiecu polityk, zdaniem sądu, mówił jedynie o podatkach, które za Hitlera były mniejsze.

Wyrok podtrzymał wrocławski Sąd Apelacyjny. Dowodem były między innymi nagrania, emitowane w Polskim Radiu Wrocław. Jednoznacznie dowodziły, że Janusz Korwin Mikke nie wypowiedział przypisywanych mu słów, a dziennikarz chciał "podrasować" relację. Redakcję kosztowało to 10 tysięcy złotych na rzecz domu dziecka w Oświęcimiu.

*****

  • [1] Serwis internetowy Miasta i Gminy Oława, www.olawa.pl
  • [2] Jan Kreft Kulisy pewnego kontraktu, "Dziennik Bałtycki", 12 maja 1998
  • [3] Marek Trzebiatowski Nie będziesz pisał, "Press" nr 12/1998
  • [4] Oświadczenie Centrum Monitoringu i Wolności Prasy, Warszawa, 3 grudnia 1998
  • [5] Maciej Atowski, Freedoms of the Press, "The Warsaw Voice" 29 maja 1999
  • [6] Wojciech Sadurski, Sędzia z czerwonym ołówkiem¸ "Rzeczpospolita" 31 sierpnia 1999
  • [7] Oświadczenie Centrum Monitoringu Wolności Prasy w sprawie zakazu publikacji dla "Nowego Kuriera" z dnia 24 sierpnia 1999 roku
  • [8] Adam Zadworny, Paula Koterwa, Knebel prasowy, "Gazeta Wyborcza", 25 sierpnia 1999
  • [9] Raport Departamentu Stanu USA o przestrzeganiu praw człowieka na świecie w 1999 roku
  • [10] Marcin Barnowski Stany przedprocesowe, "Press" nr 12/1999
  • [11] Ewa Nowińska, Andrzej Goszczyński, Kłopoty z wolnością, "Polityka" nr 40/1977
  • [12] Kamila Mróz, Lokalny profesjonalizm, "Press" nr 5/2000
  • [13] Oświadczenie Rady Miejskiej w Suszu
  • [14] Kamila Mróz Blokada na informacje dla "Tygodnika", "Tygodnik Tucholski" nr 5/2000 (załącznik nr 4)
  • [15] Piotr Kobalczyk Ucieczka do przodu, "Głos Pomorza", 11 maja 2000
  • [16] Kamila Mróz, Rafał Wodziczko, Samowolka, "Press" nr 10/2000
  • [17] Stanowisko Centrum Monitoringu Wolności Prasy w sprawie utajniania obrad samorządów z dnia 2 października 1996 roku
  • [18] Andrzej Goszczyński, Jak wójt z żurnalistą, "Rzeczpospolita", 25 maja 1999
  • [19] Magdalena Sośnicka, Rafał P. Palacz, Powrót cenzury?, "Gazeta Wrocławska", 13 grudnia 1999
  • [20] List otwarty do przewodniczącego i radnych Rady Miejskiej w Goleniowie, 6 lutego 2001 roku
  • [21] Maciej Krupa Zakopane media, "Press" nr 7/1999
  • [22] Ewa Nowińska, Andrzej Goszczyński, Wolność na zagrodzie, "Rzeczpospolita" 31 stycznia 1997
  • [23] Wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego (sygn. Akt I S.A. 1254/92 z 8 lutego 1993 roku)
  • [24] Informacja dla dziennikarzy od Centrum Monitoringu Wolności Prasy z dnia 13 stycznia 1997 roku
  • [25] dr hab. Ewa Nowińska Tajemnica tajemnic, "Press" nr 11/1999
  • [26] Anig, Mały tygodnik, duża sprawa, "Press" nr 4/2000
  • [27] Oświadczenie Centrum Monitoringu Wolności Prasy w związku z wyrokiem NSA w sprawie "Słowa Poldlasia" z dnia 24 marca 2000 roku
  • [28] Mariusz Ziomecki, Z sędziego redaktor, "Press" nr 6/2000
  • [29] Stenogram z obrad Sejmu, 3 kadencja, 61 posiedzenie, 1 dzień (20.10.1999), 8 punkt porządku dziennego - pierwsze czytanie poselskiego projektu Ustawy Prawo Prasowe (druk 443)
  • [30] Anna Głowacka, Kazali, nakręciliśmy, "Press" nr 4/2000
  • [31] Piotr Kobalczyk, News kreacja, "Press" nr 4/2000
  • [32] Anig, Brakujący szczegół, czyli manipulanci, "Press" nr 8/2000

Zobacz artykuły na podobny temat:

Sprawa o naruszenie dóbr osobistych

Patrycja Kierzkowska
Prędzej czy później spotkasz się w pracy z jakimś człowiekiem, który będzie straszył Cię sądem. Bo piszesz nie po jego myśli. Bo masz odwagę go krytykować. Bo masz na to argumenty.

Użyteczność a popularność serwisów informacyjnych

Symetria.pl
Czy użyteczność serwisów informacyjnych i bogactwo funkcjonalności wiążą się z popularnością witryny i odwiedzalnością? Raport z badania Agencji Symetria.

Jak zdać na dziennikarstwo. Etyka zawodowa

© by Dawid Federowicz & Oficyna Studencka CEZAR
Co się zdaje na wstępnym, gdzie można studiować i na czym dziennikarstwo w ogóle polega.

Bliżej reportażu

Katarzyna Bocheńska
Co to takiego reportaż? Teoretycy utrzymują, że: reportaż jest gatunkiem z pogranicza dziennikarstwa i prozy.

Gorsza Literatura [LINK]

Krzysztof Piekarski
Wywiad z Agatą Passent. Artykuł pochodzi z serwisu www.dziennikarz.prv.pl.

praca w mediach

reklama



zarabiaj

Zarabiaj z Reporterzy.info

więcej ofert



Reporterzy.info

Dla głodnych wiedzy

Nasze serwisy

Współpraca


© Dwornik.pl Bartłomiej Dwornik 2oo1-2o17