menu
tygodnik internetowy nr 1/2017
poniedziałek, 25 września 2017

Warsztat reportera

Media lokalne - sprostowania

Bartłomiej Dwornik

1. Redakcje idą w zaparte
Dziennikarze nie lubią przyznawać się do błędów. Uregulowania dotyczące sprostowań są chyba najczęściej łamaną zasadą w polskich mediach. "Wysyłanie sprostowań jest tak nieskuteczne, że specjaliści od public relations wymyślają różne sposoby zmuszania gazet do naprawy popełnionych błędów" [1] - uważa Katarzyna Kowalewska, dziennikarka branżowego miesięcznika "Press". Między redakcjami przeprowadzić można wyraźny podział na te, które nigdy nie przyznają się do błędów i takie, które uczciwie potrafią posypać głowę popiołem. Znakomita większość lokalnej prasy należy do grupy pierwszej. Nagminną praktyką jest umieszczanie sprostowań w dziale "Listy do redakcji", lub publikowanie ich w miejscach, do których większość czytelników nie dociera - choćby wciskanie sprostowań między ogłoszenia. W niektórych redakcjach w ogóle nie używa się słowa "sprostowanie". Zastępuje je na przykład wyraz "wyjaśniamy" lub winieta "echa publikacji".
Większe szanse na wydrukowanie sprostowania mają te firmy i instytucje, które są ogłoszeniodawcami w danym tytule. "Lęk przed utratą cennego reklamodawcy zdecydowanie przyspiesza publikację jego stanowiska" - przekonuje Katarzyna Kowalewska z "Press". Jednak większość specjalistów od public relations nie wierzy w skuteczność sprostowań. Tym bardziej, że ich publikacja z reguły i tak nie naprawi wyrządzonych szkód. Dlatego PR-owcy często składają broń w walce o sprostowanie i próbują osiągnąć swój cel innymi metodami: choćby nakłaniając redakcję do napisania - zamiast sprostowania - kolejnego artykułu na ten sam temat, ale z wykorzystaniem poprawnych tym razem informacji. Ma to jednak zarówno dobre, jak i złe strony. Dobre to takie, że nazwa firmy pojawia się częściej na łamach, a materiał redakcyjny zawsze jest znacznie bardziej wiarygodny niż najrzetelniejsze nawet sprostowanie. Złe to budowanie nieformalnych powiązań między pracownikiem działu Public Relations a dziennikarzem, albo, co gorsza, zniechęcenie dziennikarza piszącego na dany temat. Przymuszany do napisania cukierkowego tekstu dziennikarz z reguły będzie potem unikał tematu. Dla firmy, starającej się wyprostować nierzetelne informacje, jest to więc broń obosieczna.
Nie brak i takich instytucji, które z wystosowanych przez siebie sprostowań uczyniły powód do chluby. Najciekawszym przykładem jest specjalny serwis internetowy rzecznika bydgoskiego Urzędu Miejskiego. Pod adresem http://www.bydgoszcz.pl/Samorząd/Dementi - sprostowania, wyjaśnienia i polemiki/ rzecznik prasowy urzędu publikuje wszystkie sprostowania i polemiki, jakie w swojej karierze skierował do bydgoskich i ogólnopolskich redakcji. Lektura może doprowadzić do wniosku, że rzecznik urzędu doprowadził sprostowanie do rangi osobistej pasji. Można tam znaleźć zarówno riposty na poważne reportaże, jak i uwagi do najmniejszych wzmianek, jakie na temat urzędu pojawiły się w mediach.
Wyraz dumy z racji opublikowania jego sprostowania w sprawie strony internetowej Chojnic dał również jej autor Jerzy Erdman. Również w internecie, pod adresem http://erdman.chojnice.com/oryginal_i_kopia.htm znaleźć można treść sprostowania opublikowanego przez "Gazetę Pomorską". Oczywiście całość opatrzona jest komentarzem prostującego.
2. Prawda czy fałsz?
Każda redakcja ma obowiązek opublikować rzeczowe i odnoszące się do faktów sprostowanie wiadomości nieprawdziwej lub nieścisłej. Pojawiają się jednak sytuacje sporne - czy informacja, którą ktoś prostuje faktycznie jest nieprawdziwa?
W takiej sytuacji znalazł się dziennikarz dolnośląskiego "Słowa Polskiego". We wrześniu 1998 roku, opisując protest pracowników Specjalistycznego Zakładu Opieki Zdrowotnej w Sokołowsku przeciwko odwołaniu dyrektora placówki zacytował słowa dyrektora, który niepochlebnie wypowiadał się na temat swojej nowomianowanej następczyni. W dniu, kiedy artykuł ukazał się w gazecie, do redakcji zatelefonował oburzony ex-dyrektor. Twierdził, że nigdy podobnych słów nie wypowiedział i zażądał opublikowania sprostowania. Rzeczą oczywistą było, iż starał się sprostować informację prawdziwą - na korzyść dziennikarza "Słowa Polskiego" przemawiał choćby zapis rozmowy, którą nagrywał jego kolega z "Gazety Wrocławskiej". Dopiero po odtworzeniu nagrania były dyrektor odstąpił od swoich żądań. Gdyby taśmy nie było, najprawdopodobniej redakcja opublikowałaby nieprawdziwe sprostowanie.
Dylemat bardzo podobny pojawił się podczas procesu Jana Łuczaka, byłego doradcy wiceministra łączności. Kiedy padły na niego podejrzenia o korupcję przy przetargu na telefonię komórkową trzeciej generacji w 2000 roku, dolnośląskie media przypomniały sobie o procesie, jaki doradcy ministra wytoczyły Borowskie Kopalnie Granitu. Pełniąc funkcję prezesa tej firmy Łuczak miał narazić ją na poważne straty, przez wyprowadzanie pieniędzy do kilku założonych przez siebie firm. Wszystkie redakcje podawały listę tych spółek córek, wraz ze stanowiskami, jakie Jan Łuczak w nich zajmował. Łuczak od wszystkich wysłał żądania sprostowań. Nie można mieć było do nich zastrzeżeń technicznych. Merytorycznie żądania były bezpodstawne - dane pochodziły z Sądowego Rejestru Spółek. Toteż większość redakcji odmówiła sprostowań. Uległa tylko jedna, która nie dysponowała wypisem z rejestru. Sęk w tym, że jej czytelnicy mogli odnieść wrażenie, iż opublikowane informacje o Łuczaku były nieprawdziwe.
Obronną ręką wyszła z podobnej potyczki "Gazeta Wrocławska". Zarzuciła bowiem - na podstawie relacji świadków - sekretarzowi Urzędu Miejskiego w Świdnicy, Stanisławowi Kucowi iż ten działał w dolnośląskich strukturach PZPR. Sekretarz natychmiast zażądał sprostowania, twierdząc, że to nieprawda. Wyszło wtedy na jaw, że świadkowie cytowani przez "Gazetę" nie potrafią udowodnić swoich słów. Sprostowanie nie ukazało się tylko dlatego, że jeden z czytelników przysłał do redakcji oryginalne pismo partyjne, na którym widniał niepodważalny dowód - podpis Stanisława Kuca.
Większość sprostowań to sprawy mocno sporne. Niezwykle rzadko dziennikarze do czynienia mają z sytuacjami ewidentnymi. Redakcje czują się z reguły na tyle silne, lub liczą na łut szczęścia, iż sprostowań nie publikują.
3. Prostowanie konkurencji
Sprostowania bywają okazją do potyczek między konkurencyjnymi redakcjami. Tendencję do prostowania informacji przekazywanych przez inne tytuły mają zwłaszcza media samorządowe. Tak dzieje się choćby w Świdnicy, gdzie samorządowy "Kurier Świdnicki" nagminnie publikuje odpowiedzi i riposty przedstawicieli władz na nieprzychylne artykuły w należącej do prywatnego wydawcy gazety "Wiadomości Świdnickie". Dochodzi do komicznej sytuacji, kiedy czytelnik widzi odpowiedź na publikację, której nie widział na oczy. Żeby zapoznać się z jej treścią, musi więc kupić konkurencyjny tytuł, czyli zrobić dokładnie to, czego ripostujący urzędnik życzył by sobie najmniej.
Konkurencyjne media nie tylko same prostują informacje konkurencji. Zdarza im się wzajemnie wystąpić o sprostowanie. I to skutecznie. "Gazeta Olsztyńska" wywalczyła sprostowanie nieprawdziwych informacji opublikowanych w "Gazecie Wyborczej". 10 września 2001 roku Grzegorz Piechota z "GW", w artykule dotyczącym sprzedaży gazet w Polsce napisał bowiem o "Gazecie Olsztyńskiej": "W ciągu dwóch lat "Olsztyńska" zyskała kolor i upodobniła się do innych gazet grupy Polskapresse: krótkie artykuły, dużo zdjęć i infografik. Organizuje duże plebiscyty, np. na letnią stolicę Warmii i Mazur. Najbardziej wzrosła sprzedaż w środy i czwartki, czyli w dni, w które do gazety dołączane są tygodniki lokalne należące do Edytora - jest ich w sumie aż dwanaście. Na wzrost sprzedaży mogło też wpłynąć powstanie w kwietniu mutacji pod tytułem "Dziennik Elbląski". "Olsztyńska" redaguje go we współpracy z "Dziennikiem Bałtyckim", który dotychczas ukazywał się na tym terenie. Czy tak było rzeczywiście, nie mogliśmy sprawdzić u wydawcy. Jak nas poinformowano w "Olsztyńskiej", nikt poza prezesem Tokarczykiem nie może udzielać informacji prasie. A prezes, niestety, był chory." [2]
Sprostowanie "Gazety Olsztyńskiej" brzmiało następująco:
"Nieprawdą jest, że wydawca "Gazety Olsztyńskiej" - Edytor sp. z o.o. - należy do grupy wydawniczej Polskapresse. Informuję, że Edytor sp. z o.o. jest prywatnym wydawnictwem, które nie należy do żadnej z grup wydawniczych działających na polskim rynku prasowym. Nieprawdą jest, że tygodniki lokalne należące do Edytora sp. z o.o. ukazują się w środy i czwartki. Z 13 tygodników wydawanych przez spółkę tylko dwa ukazują się we wspomniane dni." [3]
W Warto dodać, że wydawnictwo "Edytor" należy do Xaviera Hirtreitera, założyciela koncernu Polskapresse.
Prostowanie informacji podanej przez konkurencję z reguły leży w interesie prostującego wydawcy czy nadawcy. Bywa jednak i tak, że informacje nie odnoszą się do niego bezpośrednio, ale godzą w jego sympatie polityczne. Wszelki sprzeciw pracowników, którzy pod takim sprostowaniem mają się podpisać, skończyć się może niewesoło.
Dziennikarz publicznego Radia Łódź SA pozwał do Sądu Pracy kierownictwo rozgłośni, domagając się uchylenia nałożonej na niego kary nagany. Naganę otrzymał m.in. za to, że zmienił treść oświadczenia szefa SLD Leszka Millera i w zmienionej formie odczytał je w serwisach radiowych. Oświadczenie polityka dotyczyło materiału, który ukazał się nie na antenie radia, lecz w "Gazecie Łódzkiej" - lokalnym dodatku "Gazety Wyborczej".
4. Cięcie, gięcie
Mimo, że Prawo Prasowe nie pozwala redakcjom na skracanie sprostowań, zasada ta nie jest szanowana. Redakcje obchodzą ją choćby - jak to już było wspomniane - zamieszczając je w dziale "Listy do redakcji". A listy, zgodnie z zapisem w każdej stopce redakcyjnej, redakcja skracać może do woli. Dlatego rzecznicy prasowi często stoją przed dylematem - kiedy szef domaga się ciętej, agresywnej riposty, jest niemal pewne, że redakcja nie zachce umieścić takiego tekstu. Co sprytniejsi posuwają się do fortelu. Aby wilk był syty i owca cała, piszą to, czego domaga się szefostwo firmy, ale poprzedzają tekst prawidłowo skonstruowanym sprostowaniem. Bywa jednak, że i to nie wystarcza. Katarzyna Kowalewska: "Gazety opóźniają druk sprostowań. Gdy wreszcie je zamieszczą, mało kto, poza nami, pamięta treść artykułu."
Takie zachowanie redakcji bywa jednak uzasadnione. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy autor sprostowania wie, że ma prawo takowego żądać, ale ma mgliste, lub żadne pojęcie o zasadach jego konstruowania. Stąd w redakcjach pojawiają się sprostowania ciągnące się przez kilka stron maszynopisu, choć prostowany materiał był jedynie krótką informacją. Elaboraty tej wielkości potrafią przysyłać osoby, po których należałoby spodziewać się znajomości Prawa Prasowego - rzecznicy prasowi. Cóż pozostaje wówczas rzetelnej redakcji? Praktyka pokazuje, że próby negocjowania z prostującym nie zawsze jest skuteczne. Na nic zdaje się powoływanie na zapis Artykułu 32 ustęp 7, który mówi jasno, iż tekst sprostowania nie może być dłuższy od dwukrotnej objętości prostowanego fragmentu materiału prasowego. Stąd wiele redakcji skraca sprostowania na własną rękę, naruszając tym samym ustęp 6 wspomnianego Artykułu.
5. Odmowa
Artykuł 33 Prawa Prasowego daje redaktorowi naczelnemu możliwość odmówienia opublikowania sprostowania. Warunków jest kilka - tekst musi być nierzeczowy, lub nie dotyczyć faktów, zawierać obelgi lub treść karalną, podważać orzeczenia sądowe, lub nie spełniać wymogów technicznych. Redaktorzy naczelni, nie tylko w mediach lokalnych, starają się naginać te zasady do granic możliwości.
O ile większość osób, które domagają się sprostowań potulnie przyjmuje do wiadomości, że sprostowanie jest bezpodstawne, o tyle czytelnicy mający pojęcie o Prawie Prasowym wiedzą, że decyzja, podparta nawet najlepszym uzasadnieniem na piśmie nie jest ostateczna. Odmowę opublikowania sprostowania można zaskarżyć do sądu. Zdarza się coraz częściej, że osoba domagająca się sprostowania nie przyjmuje do wiadomości argumentacji redakcji. Efekty są takie, jak w maju 2001 roku na Podlasiu:
Wojewoda podlaski Krystyna Łukaszuk pozwała do sądu dwóch dziennikarzy "Kuriera Porannego" i redaktora naczelnego gazety. Zarzuca im naruszenie dóbr osobistych w publikacjach i niezamieszczanie sprostowań. Żąda przeprosin oraz zapłaty 10 tys. zł na rzecz jednego z białostockich domów pomocy społecznej. Sąd przyznał rację pani wojewodzie, uznając, że odmowa opublikowania sprostowań była bezzasadna. Redakcja odwołała się od tego wyroku.
6. Nadgorliwość
Większość redakcji jak ognia unika publikowania sprostowań. Choćby były jak najbardziej uzasadnione. Udokumentowany jest jednak przypadek zgoła odmienny, kiedy to wydawca postanowił opublikować sprostowanie i przeprosiny, nie powiadamiając nawet o tym autora. W dniu 14 kwietnia na pierwszych stronach "Rzeczpospolitej" i "Życia Warszawy" ukazały się ogłoszenia o treści: "Życie Press Sp. Z o.o., były wydawca "Życia Warszawy", niniejszym przeprasza i wyraża ubolewania z powodu opublikowania artykułów prasowych m.in.: pt. "Sędzia załatwił" autorstwa Leszka Kraskowskiego, zamieszczonego na łamach dziennika "Życie Warszawy" w dn. 6.01.1995 r., w którym to bezzasadnie naruszył dobra osobiste pani Danuty Piontek (...)." [4]
Opisująca ten przypadek Dorota Binkiewicz wyjaśnia, że między wydawcą a sędzią Danutą Piontek doszło do ugody. Spółka miała prawo do zawarcia ugody, ale podając nazwisko autora naruszyła z kolei jego dobra osobiste. Wyszło bowiem na to, że Kraskowski - wówczas już dziennikarz "Rzeczpospolitej" przegrał proces. A było to oczywistą nieprawdą. Syndyk masy upadłościowej "Życia Press" Irena Buczyńska uznała, że nie musi informować autora spornych tekstów o zawarciu ugody. Innego zdania jest natomiast pytany przez autorkę profesor Bogdan Michalski, wykładowca prawa prasowego na Uniwersytecie Warszawskim: "Zamieścić nazwisko dziennikarza w takim ogłoszeniu można w dwóch przypadkach: gdy jest on uczestnikiem postępowania i zawiera ugodę lub gdy wyraża zgodę na opublikowanie nazwiska. Wydawca nie był upoważniony do występowania w imieniu redaktora Kraskowskiego i nie miał prawa wartościować treści artykułu."
Kraskowski opublikował w "Rzeczpospolitej" odpowiedź, w której wyjaśnia, iż to nie on przeprasza Danutę Piontek. Ten sam tekst wysłał do redakcji nowego już "Życia Warszawy". Redakcja nie uznała jednak za stosowne opublikowania tego listu.
Podobne przypadki świadczą tylko i wyłącznie o tym, że niektórzy wydawcy, zwłaszcza w starciach z poważnymi instytucjami chowają głowę w piasek i z nieoczekiwaną gorliwością biorą się do przepraszania. Prym w tej dziedzinie wiedzie właśnie "Życie Warszawy" i - co warto podkreślić - w większości przypadków kozłem ofiarnym staje się dziennikarz, który był autorem spornego materiału. "Życie Warszawy" przepraszało też w podobny sposób byłego ministra Lesława Podkańskiego za inne teksty Leszka Kraskowskiego (nagrodzone zresztą przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich) i kierownictwo "Polisy" za teksty innego swojego dziennikarza - Piotra Wysockiego.
*****
  • [1] Katarzyna Kowalewska Nieproste prostowanie, "Press" nr 5/1999
  • [2] Grzegorz Piechota, Wbrew trendowi, "Gazeta Wyborcza", 10 września 2001
  • [3] Sprostowanie, "Gazeta Wyborcza", 12 września 2001
  • [4] Dorota Binkiewicz, Zdanie wtrącone, "Press" nr 5/1999

Zobacz artykuły na podobny temat:

Język informatyków. Jak go zrozumieć, jak sobie z nim radzić?

Magdalena Grochala
Neologizm międzymordzie, powstał w latach 80. XX wieku, nie udało mu się jednak zastąpić angielskiego interfejsu. Podobny los spotkał manipulator stołokulotoczny (tak, tak, to myszka) czy manipulator uchylnostycznozwrotny (dżojstik).

Warto wierzyć [LINK]

Krzysztof Piekarski
Wywiad z Tomaszem Raczkiem. Artykuł pochodzi z serwisu www.dziennikarz.prv.pl. Był publikowany w magazynie NetworkMagazyn (www.networkmagazyn.pl).

Reklama ukryta

Biuro Reklamy TVP S.A.
W przekazywanych informacjach należy unikać sformułowań wartościujących, podkreślających zalety lub zachęcających do korzystania z towarów lub usług. Publikacja dzięki uprzejmości Komisji Etyki TVP.

praca w mediach

Whitepress

reklama





zarabiaj

Zarabiaj z Reporterzy.info

więcej ofert

Reporterzy.info

Dla głodnych wiedzy

Nasze serwisy

Współpraca


© Bartłomiej Dwornik 2oo1-2o17