menu
tygodnik internetowy nr 1/2017
poniedziałek, 25 września 2017

Warsztat reportera

Media lokalne - procesy sądowe

Bartłomiej Dwornik

1. Dziennikarstwo śledcze bywa ryzykowne
Dziennikarze śledczy lokalnych redakcji często pozostają w cieniu swoich kolegów z redakcji ogólnopolskich, choć bywa często tak, że to właśnie oni jako pierwsi wpadają na trop jakiejś afery. Tak było na przykład z głośną w 1998 roku sprawą warszawskiej spółki "Banpol" prowadzącą nieczyste interesy z gdańską dyrekcją "Poczty Polskiej". Temat jako pierwszy opisał "Dziennik Bałtycki". Ogólnopolskim echem afera odbiła się jednak dopiero po publikacji w "Rzeczpospolitej". Podobnych przykładów jest - oczywiście - znacznie więcej. Różnica polega na tym, że dziennikarze lokalnych mediów w znacznie większym stopniu narażeni są na odwet ze strony opisywanych osób. I to odwet nie zawsze spełniający wymogi zapisów prawnych.
Na początku 2000 roku Robert Grygiel, dziennikarz "Tygodnika Pałuki" ze Żnina opisał fundację, jaką burmistrz Mogilna powołał oficjalnie na rzecz miejscowego szpitala, a nieoficjalnie - aby wyprowadzać z niej spore kwoty pieniędzy. Ten sam autor wytropił, że jeden w ważnych urzędników powiatowych zatrudnia w podległych sobie instytucjach dzieci. Swoje i znajomych. Po publikacji redakcja zaczęła otrzymywać telefony z pogróżkami, a przed domem dziennikarza zaczęli kręcić się podejrzanie wyglądający osobnicy. [1] Inne, równie demaskatorskie publikacje "Tygodnika Pałuki" skutkowały na przykład regularnym atakiem na siedzibę redakcji: na korytarzu napastnik złamał nos jednemu z redaktorów, a okna redakcji wybite zostały kamieniami. W jej siedzibie zajmują dziś honorowe miejsce. Dziennikarze nazywają je "kamieniami milowymi dziennikarstwa".
Restrykcje wobec dziennikarzy, tropiących nieuczciwość i przestępstwa bywają dla nich bardzo nieprzyjemne. Na własnej skórze przekonał się o tym Adam Kapłon, dziennikarz "Wiadomości Krajeńskich " z Sępólna. Zadarł strasznie z miejscowymi włodarzami - opisał jak znany w mieście trener wykorzystywał seksualnie jedną ze swoich zawodniczek. Zarzucił też i udowodnił kłamstwo komendantowi powiatowemu policji. Na odwet nie czekał długo - w środku zimy został wyrzucony na bruk z komunalnego mieszkania. Decyzja zapadła na wniosek opisanego komendanta policji. Eksmisja była - oczywiście - niezgodna z prawem. Ale dziennikarz poczuł, jak szkodliwe może być zadarcie z władzą. Nawet tą lokalną.
Podobną cenę za dociekanie prawdy zapłacić musiał tygodnik "Kurek Mazurski". Niepochlebne artykuły na temat gminnych władz doprowadziły najpierw do zerwania umowy o wydawaniu w tygodniku samorządowej wkładki, a następnie do eksmitowania redakcji z jej siedziby. Redakcja skierowała sprawę do sądu. Wygrała dopiero po wyborach samorządowych, kiedy wyborcy wymienili ekipę rządzącą.
"Tygodnik Tucholski" stracił płatne ogłoszenia samorządowe po tym, jak ujawnił informacje o wykształceniu wiceburmistrza tego miasta. Dziennikarze ustalili bowiem, ze wiceburmistrz zdał maturę w czasie, kiedy już pełnił swoją funkcję. Dzień po opublikowaniu materiału polityk spotkał się z autorem tekstu i dał mu do zrozumienia, że dla redakcji lepiej byłoby, gdyby materiał ten nie ujrzał światła dziennego. Obiecał, że wstrzyma płatne ogłoszenia urzędu i słowa dotrzymał.
Jerzy Jurecki, redaktor naczelny "Tygodnika Podhalańskiego" na pierwszej stronie swojej gazety przepraszać musiał przewodniczącego Rady Miejskiej w Nowym Targu. Napisał bowiem, że na przerwach w trakcje sesji, przed podjęciem istotnych decyzji, radni ekipy rządzącej spotykają się z opozycją... w krzakach pod urzędem i ustalają, jak będą głosować. Podczas postępowania przed sądem okazało się, że takie spotkania rzeczywiście miały miejsce. Jurecki nie potrafił jednak udowodnić informacji, że podczas takich właśnie spotkań przewodniczący wyrzuca z porządku obrad te punkty, które nie mają szansy na uzyskanie większości głosów podczas planowanego głosowania.
Osiem tysięcy złotych grzywny zapłacić musiał Tomasz Gawiński, dziennikarz "Głosu Wybrzeża". Niekorzystnym dla dziennikarza wyrokiem zakończyło się w kwietniu 2001 roku dziennikarskie śledztwo dotyczące powiązań w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Gdańsku. Dziennikarz w cyklu artykułów, jesienią 1996 roku ujawnił, że komendant Mieczysław Prokop toleruje fakt, iż jeden z jego podwładnych jest nałogowym hazardzistą. Zarzucił komendantowi, iż ten krył swojego kierowcę, który miał potrącić kobietę, a wobec poszkodowanej zachowywał się arogancko. W lipcu 2000 r. sąd I instancji uznał, że artykuły dziennikarza "Głosu Wybrzeża" były nierzetelne. Gdański Sąd Okręgowy poszedł krok dalej: "Oskarżony działał umyślnie. Nie można mieć wątpliwości, że dopuścił się zniesławienia" - stwierdził w uzasadnieniu.
Tomasz Gawiński, w wypowiedzi dla Polskiej Agencji Prasowej z 23 kwietnia 2001 roku powiedział: "Nie zgadzam się z tym wyrokiem. Uważam, że pisząc te artykuły zrobiłem wszystko co należy do dziennikarza. Można mieć wątpliwości, co do stylu mojej pracy, ale nie meritum". Dziennikarz twierdzi, że w swoich publikacjach powoływał się na wcześniejsze materiały o Prokopie w innych gazetach, których były komendant nie prostował.
Siedem tysięcy złotych na cele społeczne za naruszenie dóbr osobistych wojewody podkarpackiego i obecnego wicemarszałka województwa zapłacić musiał dziennikarz "Super Nowości", redaktor naczelny i sama gazeta. Sąd Apelacyjny w Rzeszowie wydał ten wyrok 5 kwietnia 2000 roku. Sąd zadecydował również, że pozwani zapłacą wojewodzie Zbigniewowi Sieczkosiowi prawie cztery tysiące złotych i obecnemu wicemarszałkowi Janowi Tomace ponad cztery tys. zł kosztów procesowych oraz po półtora tysiąca tytułem częściowych kosztów postępowania apelacyjnego. Zasądzone kwoty pozwani zapłacą solidarnie. Ponadto na łamach trzech lokalnych gazet musieli zamieścić sprostowanie i przeprosiny powodów.
W uzasadnieniu sędzia przewodniczący Andrzej Palacz stwierdził, że w serii artykułów dziennikarz Szymon J. sugerował m.in. że wojewoda Zbigniew Sieczkoś oraz obecny wicemarszałek Jan Tomaka będąc jeszcze wójtem gminy Trzebownisko zamieszani byli w sprawę udzielania fikcyjnych ślubów Polaków z Wietnamkami. Zdaniem sądu artykuły te naruszyły dobre imię i cześć powodów, a w przypadku Tomaki także wizerunek.
Sędzia zarzucił pozwanym także brak rzetelności i staranności w zbieraniu materiałów prasowych do publikacji artykułów. Sąd Apelacyjny podtrzymał wyrok sądu I instancji w sprawie naruszenia dóbr osobistych, obniżył jednak zasądzone kwoty. [2]
Na początku 2001 roku wojewoda podlaski, Krystyna Łukaszuk, złożyła do Sądu Okręgowego w Białymstoku prywatny pozew przeciwko dziennikarzom "Kuriera Porannego". Domaga się zadośćuczynienia za serię artykułów, które - jej zdaniem - naruszyły jej dobra osobiste jako wojewody. Chodzi o serię artykułów, w których dziennikarze ujawnili konkurencyjną działalność dyrektora, będącego pod nadzorem wojewody Okręgowego, Przedsiębiorstwa Przemysłu Mięsnego w Białymstoku. Sprawa jest w toku.
Bywa jednak i tak, że zdemaskowani bohaterowie prasowych artykułów sięgają po środki najprostsze. Henryk Podejko, przewodniczący Rady Miejskiej Nakła nad Notecią kilka razy był bohaterem niezbyt przychylnych tekstów w "Nakielskim Czasie". Tygodnik zarzucił mu wykorzystywanie stanowiska i nielegalne pobieranie diet. Przewodniczący postanowił więc wziąć sprawy w swoje ręce. Dotarł do autora publikacji - Jacka Gratkowskiego - i chciał go pobić. Skończyło się, na szczęście dla dziennikarza, tylko na groźbach. Sprawa trafiła do prokuratury. Doniesienie skierował Kazimierz Grzechowiak, redaktor naczelny "Nakielskiego Czasu". Riposta była błyskawiczna - przewodniczący Rady Miejskiej pozwał tygodnik do sądu za przekłamania i manipulacje. Najbardziej zdenerwował go fakt, że redakcja przesłała kopie zawiadomienia o popełnieniu przezeń przestępstwa do wielu instytucji samorządowych.
Próby rękoczynów wobec dziennikarzy, nie tylko śledczych, nie są niestety przypadkami odosobnionymi. W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych problem stał się do tego stopnia poważny, że stanowisko w tej sprawie zająć musiało Centrum Monitoringu Wolności Prasy. Profesor Andrzej Rzepliński i Andrzej Goszczyński potępili podobne incydenty, jakie miały miejsce w Krakowie, we Wrocławiu, Łodzi, Warszawie i Płocku. Agresji wobec dziennikarzy dopuścili się funkcjonariusze publiczni, ale również policja. Przedstawiciele Centrum jednoznacznie stwierdzili, że jest to zamach na wolność polskiej prasy. [3] Niestety, pomimo to przypadki agresywnych zachowań wobec dziennikarzy zdarzały się nadal i zapewne nigdy nie uda się ich całkowicie wyeliminować.
Dziennikarstwo śledcze jest traktowane w mediach lokalnych po macoszemu. Jeśli już się trafi śledczy temat - to dobrze, ale redakcje z reguły nie inwestują w dziennikarzy śledczych. Tym bardziej, że nie trudno w tej dziedzinie o spotkanie z bohaterem przed sądem, a niewielkie redakcje nie zatrudniają prawników, którzy sprawdzaliby materiały przed publikacją. W mediach lokalnych trafiają się więc prawdziwe perełki dziennikarstwa śledczego, jednak ich autorzy narażeni są na oddanie głowy pod topór o niebo bardziej, niż idący częstokroć ich śladem koledzy z dużych, zamożnych tytułów. Pocieszającym faktem może być jednak to, że lokalne dziennikarstwo śledcze często odbija się szerokim echem w całym kraju. Tak było choćby w roku 2000, kiedy to "Gazeta Morska", gdański dodatek "Gazety Wyborczej" rozpętał prawdziwą burzę w tamtejszym magistracie. Dziennikarze wpadli na trop aferalnych umów między Gdańskim Przedsiębiorstwem Energetyki Cieplnej z prywatną firmą, powiązaną personalnie z miejskimi urzędnikami. Dzięki dziennikarskiemu śledztwu stołki stracili urzędnicy odpowiedzialni za nadzór nad komunalną firmą, a jej prezes został aresztowany.
Przykładem na w pełni udane śledztwo dziennikarskie może być również zdemaskowanie przez redakcję "Panoramy Oleśnickiej" malwersacji finansowych w zarządzie Spółdzielni Mieszkaniowej "Zacisze". Dziennikarze ustalili, że pracownica spółdzielni przez pięć lat zdefraudowała dwa miliardy starych złotych. Po doniesieniach "Panoramy" proces zatrzymanej kasjerki odbił się szerokim echem w całym kraju. [4]
2. Restrykcje wobec dziennikarzy
Najbardziej znanym przypadkiem restrykcji wobec dziennikarzyi mediów w ogóle jest opisywany już przez mnie wyrok gdańskiego Sądu Wojewódzkiego z 24 listopada 1998 roku. Na wniosek warszawskiej spółki "Banpol? sąd wydał redakcji "Dziennika Bałtyckiego", a w szczególności dziennikarzowi Janowi Kreftowi jakichkolwiek publikacji na temat tej firmy. Podobne restrykcje spotkały również dziennikarzy "Nowego Kuriera Szczecińskiego", którym tamtejszy sąd dosłownie zabronił interesowania się trzema radnymi, podejrzanymi o działanie na szkodę miasta. Sprawa spółdzielni "Bryza", w której działali szczecińscy samorządowcy odbiła się w kraju szerokim echem. Spiralę nonsensu przerwał dopiero poznański Sąd Apelacyjny, który uchylił wiążący dziennikarzom ręce wyrok Sądu Okręgowego w Szczecinie.
Próby pociągnięcia dziennikarzy i redakcji do odpowiedzialności karnej nie są li tylko domeną osób i instytucji. Bywają też oskarżenia z urzędu. Prokuratura Wojewódzka w Warszawie oskarżyła Aleksandra Chećkę i Karola Małcużyńskiego (byłego naczelnego i wicenaczelnego "Życia Warszawy") o utrudnianie śledztwa w sprawie Józefa Oleksego. W maju 1996 roku dziennik opublikował bowiem utajnioną część uzasadnienia umorzenia śledztwa w sprawie rzekomych związków byłego premiera RP z rosyjskim agentem. Redakcja odmówiła ujawnienia informatora - do czego miała prawo nie tylko w świetle Prawa Prasowego, ale również według zapisów Kodeksu Karnego. Sąd Rejonowy w Warszawie umorzył sprawę nie doszukując się cech przestępstwa. Nie zmienia to jednak faktu, że dziennikarze przez blisko trzy lata ciągani byli po sądach.
Piotr Śmigielski i Jerzy Filar z "Dziennika Zachodniego" również stanęli przed sądem za ujawnienie kulisów toczącego się śledztwa. W lipcu 2000 roku opisali wybryk dwóch podchmielonych studentów, którzy wysłali do kancelarii prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego e-mail z pogróżkami. Dziennikarze dotarli do autorów elektronicznego listu, zebrali też szczegółowe informacje na temat operacyjnej pracy Urzędu Ochrony Państwa oraz prowadzących śledztwo policjantów i prokuratorów z Sosnowca. Dwa miesiące potem wezwani zostali do sądu jako świadkowie w sprawie.
Już na sali sądowej dowiedzieli się, że będą odpowiadać w charakterze oskarżonych. [5] Akt oskarżenia przeciwko obu dziennikarzom wpłynął do Sądu Rejonowego w Katowicach 29 grudnia 2000 roku. W uzasadnieniu prokurator napisał, że ani policja, ani prokuratura nie udzielały dziennikarzom żadnych informacji na temat toczącego się śledztwa, więc publikacja mogła utrudnić prace organów ścigania. Tym bardziej, że dziennikarze "Dziennika Zachodniego", podobnie jak opisywani wcześniej reporterzy "Życia Warszawy", odmówili prokuraturze ujawnienia danych swoich informatorów.
- Zagwarantowaliśmy obu dziennikarzom pomoc prawną, choć od stycznia 2001 roku, jeszcze przed rozpoczęciem procesu, obaj przestali być naszymi pracownikami - zapewnia Bogdan Ścibut, prezes Prasy Śląskiej, wydawcy Dziennika Zachodniego. - Powodem rozstania się dziennikarzy z redakcją nie było postępowanie sądowe, lecz mała liczba publikowanych materiałów.
W podobnych przypadkach prokuratury korzystają z Artykułu 239 Kodeksu Karnego, który mówi o "utrudnianiu postępowania karnego, pomagając sprawcy przestępstwa uniknąć odpowiedzialności karnej". Prokuratorzy uznają, że kimś takim może być dziennikarz, piszący o danej sprawie - bo przestępca znajduje w artykule informacje pomocne mu w uniknięciu odpowiedzialności. Wtedy prokuratura może uznać, że dziennikarz mu pomógł. [6] Batalię z prawnikami przegrał w 2000 roku dziennikarz "Głosu Wybrzeża" Marek Błuś. Sądom i prokuraturze naraził się, relacjonując proces w sprawie zatonięcia promu Jan Heweliusz. Oskarżony został o zniesławienie. W materiałach prasowych zarzucał Izbie Morskiej ukrywanie taśm z nagraniami akcji ratowniczej oraz oskarżył prokuratora o usuwanie dokumentów z akt sprawy. Sąd w Pile uznał, że Marek Błuś opublikował nieprawdziwe informacje, które zniesławiają sędziego i prokuratora.
Błuś dostał 2,5 tysiąca złotych grzywny z zawieszeniem na dwa lata. Oprócz tego w "Głosie Wybrzeża" musiał opublikować przeprosiny, zapłacić 1,5 tysiąca złotych nawiązki, 5 tysięcy złotych na gdyńskie PCK oraz koszta procesu i pełnomocników oskarżycieli posiłkowych. Dziennikarz odwołał się od wyroku, jednak Sąd Okręgowy w poznaniu oddalił jego apelację.
Szczęśliwy finał miał natomiast dla dziennikarzy proces, wytoczony z powództwa cywilnego przez prokuratora apelacyjnego Włodzimierza Blajerskiego, byłego posła ZChN i byłego wiceministra spraw wewnętrznych w rządzie Hanny Suchockiej Annie Kiszczyńskiej-Rękas, dziennikarce Tygodnika Czas Lubelski. Polityk zarzucał jej naruszenie dóbr osobistych w związku z publikacją na łamach miesięcznika "Lubelskie Co? Gdzie? Kiedy?", w której autorka wspomniała o zarzutach stawianych Blajerskiemu przez pos. Jarosława Kaczyńskiego, a dotyczących tzw. sprawy inwigilacji prawicy.
Sąd oddalił powództwo w całości, powołując się na orzecznictwo, zgodnie z którym należy odpowiednio szeroko interpretować zakres ochrony dóbr osobistych osób publicznych. Jednocześnie odniósł się do szczegółowych zarzutów dotyczących użytych w artykule sformułowań.
Niewiele szczęścia miał w sądowej potyczce Edward W., redaktor naczelny pisma "Nad Skawą" z Wadowic. Członkowie Zarządu Miasta oskarżyli go o szkalowanie gminnej władzy. Redakcja domagała się mianowicie wyjaśnienia swoim czytelnikom za czyje pieniądze członkowie Zarządu jeździli na zagraniczne wojaże. Istniało bowiem duże prawdopodobieństwo, że politycy wybierali się na wycieczki za publiczne fundusze. Urażeni samorządowcy skierowali sprawę do sądu. W lutym 1999 roku Sąd Rejonowy w Wadowicach przyznał rację członkom Zarządu Miasta. Redaktor naczelny musiał zapłacić 200 złotych grzywny. Choć kara była stosunkowo niewielka, skutecznie jednak zniechęciła dziennikarzy "Nad Skawą" do poruszania tematów niemiłych lokalnym włodarzom.
Poruszając drażliwy temat dziennikarz zawsze musi liczyć się z konsekwencjami. Zdemaskowany przez media polityk czy urzędnik, choćby dla zemsty będzie próbował uprzykrzyć życie redakcji. Tak uczynił na przykład Wiesław K., były trener juniorów Okręgowego Związku Piłki Nożnej w Nowym Sączu. "Dziennik Polski" i tygodnik "Nasze Strony" opisały wyjazd sportowców na zgrupowanie, podczas którego trener miał molestować seksualnie jednego z chłopców. Trener oskarżył obie redakcje o naruszenie dóbr osobistych i zażądał odszkodowania w wysokości 100 tysięcy złotych. Sąd Apelacyjny uznał, że dziennikarze byli zobowiązani do wiarygodnego sprawdzenia uzyskanych informacji i podania ich źródeł. Sprawa jest w toku.
Podobnie ma się rzecz w przypadku pozwania w marcu 2000 roku dziennikarzy łódzkiego oddziału "Gazety Wyborczej" przez senatora SLD Zbigniewa Antoszewskiego. Autorzy artykułu napisali, że senator w swoim łódzkim biurze parlamentarnym akwizycję funduszu emerytalnego. Polityk zareagował błyskawicznie. Pozwał "Gazetę" do sądu pod zarzutem naruszenia dóbr osobistych. Domaga się po 20 tysięcy od każdego z dwóch dziennikarzy. Pieniądze te chce przeznaczyć na szkolenie trampkarzy Łódzkiego Klubu Sportowego.
We wrześniu 2001 roku przed Sądem Okręgowym w Świdnicy zapadł wyrok w sprawie wytoczonej Tygodnikowi Ziemi Ząbkowickiej przez Ryszarda Bieruta, polityka Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Dziennikarz i redaktor naczelna tygodnika oskarżeni zostali o naruszenie dóbr osobistych - tygodnik podał, iż Bierut prowadzi podejrzane interesy. Przed sądem okazało się, że informacje są niesprawdzone, a pochodzą od jednego z sąsiadów polityka. Sąd uznał, że dziennikarze nie zachowali obowiązku rzetelnego sprawdzenia informacji. Wyrok okazał się jednak bardzo łagodny - sąd kazał dziennikarzom przeprosić Ryszarda Bieruta. Nie zasądził kary finansowej. Tygodnik Ziemi Ząbkowickiej odwołał się od tego wyroku do wyższej instancji.
W tym samym czasie przed Sądem Okręgowym we Wrocławiu toczył się proces przeciwko gazecie "Wieczór Wrocławia". Janusz Korwin-Mikke zarzucił dziennikowi przekręcenie jego słów. W relacji z wiecu wyborczego znalazło się zdanie, sugerujące iż polityk powiedział "we Wrocławiu za Hitlera było lepiej." Wina dziennikarza w tym wypadku była ewidentna. Nagrania radiowe udowodniły, iż Korwin-Mikke stwierdził "nawet za Hitlera były niższe podatki". Redakcja przegrała w obu instancjach. Musiała przeprosić lidera Unii Polityki Realnej i zapłacić 10 tysięcy złotych na rzecz domu dziecka w Oświęcimiu.
Najbardziej bolesne dla dziennikarzy są restrykcje stosowane przez macierzyste redakcje. Każdy dziennikarz zdaje sobie sprawę z tego, że odpowiada za przygotowywany materiał. Nie zawsze jednak ma świadomość, że naraża się na cios w plecy. Świadomości takiej nie miała Elżbieta Więcławska z regionalnego ośrodka TVP w Łodzi. Za odważny program "Z paragrafem na Ty", o korupcji i zarobkach szefów TVP spotkała ją kara nie tylko w postaci wstrzymania emisji i nagany, ale również - choć oficjalnie nie program był tego powodem - została zwolniona z pracy w ramach redukcji etatów.
Podobny los spotkał wrocławskiego reportażystę radiowego Mariusza Marksa. Za wyemitowanie reportażu o jedynej w kraju firmie pogrzebowej, która prowadziła regularną kampanię reklamową w mediach stracił pracę w Polskim Radiu Wrocław. Oficjalny powód to kryptoreklama wspomnianego zakładu. Pomimo faktu, że emisja miała błogosławieństwo radiowej Agencji Reklamy.
Grzegorz Fafiński, dziennikarz Radia Pomorza i Kujaw został zwolniony z pracy po tym, jak zaprotestował przeciwko wstrzymaniu emisji wypowiedzi arcybiskupa Henryka Muszyńskiego o upolitycznieniu mediów, przede wszystkim publicznych. Poinformował o tej decyzji kierownictwa rozgłośni za pomocą poczty elektronicznej. Na zwolnieniu Fafińskiego w Radiu PiK się nie skończyło. Niedługo potem pracę straciła Małgorzata Sadowska. Podpadła szefom tym, iż przeczytała na antenie oświadczenie dziennikarzy radia w sprawie emisji w TVP filmu o FOZZ "Dramat w trzech aktach". Po odejściu tych dwóch dziennikarzy z pracy w Radiu PiK zrezygnowała również Iwona Komisarek. Złożyła wypowiedzenie z powodów osobistych.
3. Bez precedensu
W latach 90-tych na rynku prasowym miało miejsce kilka zadziwiających przypadków, kiedy to sądy postanowiły poprawić obowiązujące w naszym kraju Prawo Prasowe. Dziennikarze, których dotknęły bezprecedensowe wyroki tłumaczą ten fakt nieznajomością przepisów tej Ustawy wśród sędziów. Ich wyroki są jednak - w świetle prawa - obowiązujące.
W ogromne zdumienie wprawia wyrok koszalińskiego Sądu Wojewódzkiego z lipca 1997 roku, utrzymany w mocy w styczniu następnego roku przez Sąd Apelacyjny w Gdańsku. Zdaniem sędziów "Głos Pomorza" złamał prawo, publikując list czytelnika, uprzednio skrócony przez redakcję. [7] Epistoła polemizowała z kilkoma redakcyjnymi publikacjami, ale liczyła cztery strony maszynopisu. Redakcja postanowiła więc ją skrócić. Poprawiono tekst stylistycznie, wycięto nieistotne fragmenty i dołączono wyraźnie wyodrębnione wyjaśnienia dla czytelników nie zorientowanych w temacie. Autor listu - emerytowany nauczyciel Stanisław Nowak poczuł się tym faktem tak dotknięty, że skierował do sądu sprawę o naruszenie jego praw autorskich.
Sąd uznał, że redakcja naruszyła integralność listu. Sędziowie w Koszalinie uwzględnili argument Stanisława Nowaka, który twierdził, że w liście zabronił dziennikarzom wprowadzania jakichkolwiek poprawek. Nakazali redakcji przeprosić autora i opublikować list w całości. Sąd Apelacyjny z Gdańska uznał, że redakcja przepraszać nie musi, ale nakaz opublikowania listu w całości utrzymał.
I choć na pierwszy rzut oka decyzja koszalińskich sędziów może wprawiać w zdumienie - była słuszna. Kwestię tę reguluje bowiem szczegółowo Ustawa Prawo Autorskie, które zabrania podobnych praktyk. Zachodzi w tym przypadku sprzeczność dwóch ustaw - w myśl Prawa Prasowego redakcja postąpiła tak, jak powinna, ale Prawo Autorskie zostało naruszone.
Równie bezprecedensowy wyrok wydał w marcu 2000 roku Naczelny Sąd Administracyjny. Redaktor naczelny "Słowa Podlasia" wniósł sprawę przeciwko samorządowcom z gminy Łosice, którzy nie chcieli udostępnić protokołu z posiedzenia komisji rewizyjnej tamtejszej Rady Miasta i Gminy. [8] NSA uznał, że to samorząd decyduje, które informacje są tajne, a które nie. Zdaniem komentatorów zachwiało to konstytucyjną wolnością słowa i stworzyło precedens - umożliwiło bowiem samorządom zatajanie niewygodnych informacji przed dziennikarzami, a tym samym przed opinią publiczną. Nie zabrakło więc dosadnych stwierdzeń o kneblowaniu wolnych mediów. Dopiero Sąd Najwyższy zmienił ten kuriozalny wyrok NSA.
W humorystycznych kategoriach umieścić można natomiast równie bezprecedensową "karę", jaką na dziennikarzy "Tygodnika Pałuki" ze Żnina nałożyła w połowie lat 90-tych ówczesna pani burmistrz Barcina. Podczas posiedzenia Rady Miasta odczytała zdumionym radnym kilka wierszy i fraszek swojego autorstwa. Jedną z fraszek, złośliwą i wyjątkowo uszczypliwą, poświęciła właśnie redakcji "Pałuk", która publikowała krytyczne wobec niej artykuły.
Jedyny w swoim rodzaju spór toczył się na przełomie lat 2000-2001 przed sądem w Poznaniu. Dwa wydawnictwa - Prasa Poznańska, należąca do grupy Passauer Neue Presse i Oficyna Wydawnicza Głos Wielkopolski - spierały się o to, która z nich kupiła w połowie 2000 roku tygodnik "Ziemia Kaliska". Oba wydawnictwa twierdzą, że podpisały umowę kupna tytułu. Decydujący może okazać się głos dotychczasowego właściciela - Dziennikarskiej Spółdzielni Pracy Ziemia Kaliska - który utrzymuje, że tygodnik sprzedał Prasie Poznańskiej. Do czasu rozstrzygnięcia sporu wszystkie udziały w "Ziemi Kaliskiej" zajął sąd.
Polskie sądy skazują nie tylko dziennikarzy, lecz również osoby, które na łamach mediów się wypowiadają. Najgłośniejsza sprawa tej kategorii toczyła się od 1995 do 2000 roku przed Sądem Okręgowym w Łodzi. "Bartimpex to największy przekręt w III Rzeczypospolitej". Za te słowa, które ukazały się na łamach "Życia Warszawy" łódzki przedsiębiorca Marian B. musiał przeprosić jednego z najbogatszych Polaków, Aleksandra Gudzowatego.
Artykuł "Polski orzeł Wielkiej Rury" poświęcony był polskiemu udziałowi w budowie gazociągu jamalskiego. Aleksander Gudzowaty uznał, że stwierdzenie Mariana B. naraziło "Bartimpex" na utratę wiarygodności oraz poddało w wątpliwość "powagę, uczciwość i rzetelność kupiecką" firmy. Sąd uznał, że zostały naruszone dobra osobiste szefa "Bartimpexu". Uzasadnił, że choć biegli językoznawcy, którzy analizowali znaczenie słowa "przekręt" doszli do różnych wniosków - dla jednych jest to określenie obraźliwe, dla innych wprost przeciwnie - w tym procesie zasadnicze znaczenie miał fakt, że słowo to zostało użyte na łamach gazety. Sąd nie zasądził jednak na korzyść Gudzowatego 50 tysięcy złotych zadośćuczynienia. Ogłoszenie z przeprosinami ma się ukazać w "Życiu Warszawy", dwa tygodnie po uprawomocnieniu się wyroku. Łódzki przedsiębiorca ma ponadto wpłacić 10 tysięcy na konto PCK i zwrócić koszty procesu "Bartimpexowi". Pełnomocnik Mariana B. zapowiedział, że będzie się odwoływał od wyroku. [9]
Media, a dokładniej redaktorzy naczelni objęci zostali procesem lustracyjnym. Precedensowa sprawa, pierwsze w Polsce oskarżenie o kłamstwo lustracyjne wobec redaktora naczelnego, dotyczyła Ryszarda Zalewskiego, prezesa i redaktora naczelnego Radia Koszalin SA. Na szczęście wobec dziennikarzy również obowiązuje zasada domniemania niewinności, dlatego Zalewski pełni nadal swoją funkcję. Będzie musiał z niej zrezygnować dopiero wówczas, jeśli Sąd Lustracyjny uzna, że jego zeznanie faktycznie jest nieprawdziwe.
*****
  • [1] Piotr Schutta, Śledź w sosie własnym, "Press" nr 6/2000.
  • [2] Za Polską Agencją Prasową, 4 kwietnia 2000 roku
  • [3] Oświadczenie Centrum Monitoringu Wolności Prasy w sprawie agresji wobec dziennikarzy, z dnia 14 lipca 1997 roku
  • [4] TM, DA, Malwersacje w Zaciszu, "Panorama Oleśnicka" nr 34/1999
  • [5] Malwina Słoka-Chlabicz, Świadkowie oskarżeni, "Press" nr 2/2001
  • [6] Maciej Duda, Daniel Walczak, Przesłuchać!, "Press" nr 6/2001
  • [7] Marek Trzebiatowski Czytelnik-autor, "Press" nr 2/1999
  • [8] szerzej opisuję ten przypadek w rozdziale "Wolność słowa"
  • [9] za RMF FM

Zobacz artykuły na podobny temat:

O lustracji, radiu Ojca Rydzyka i chorobie Papieża...

Marta Ciosmak
Rozmowa z ojcem Wacławem Oszajcą, poetą i eseistą, redaktorem naczelnym wydawanego w Warszawie przez ojców jezuitów "Przeglądu Powszechnego". Źródło: Merkuriusz Uniwersytecki.

Maxa Webera teoria socjologii stosunków politycznych

Krzysztof Dowgird
Max Weber wywarł ogromny wpływ na socjologię stosunków politycznych. Wykłady Magisterskiego Zaocznego Studium Dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim.

Jak zdać na dziennikarstwo. Gatunki dziennikarskie

© by Dawid Federowicz & Oficyna Studencka CEZAR
Co się zdaje na wstępnym, gdzie można studiować i na czym dziennikarstwo w ogóle polega.

praca w mediach

Whitepress

reklama

Dwornik.pl • szkolenia • warsztaty • marketing internetowy




zarabiaj

Zarabiaj z Reporterzy.info

więcej ofert

Reporterzy.info

Dla głodnych wiedzy

Nasze serwisy

Współpraca


© Bartłomiej Dwornik 2oo1-2o17