menu
tygodnik internetowy nr 1/2017
poniedziałek, 25 września 2017

2.06.2005 Warsztat reportera

Tylko prawda

Ks. Andrzej Luter, artykuł udostępniony przez Tygodnik Powszechny
ukazał się w Magazynie Kulturalnym Tygodnika Powszechnego nr 5/6 (54/55), 3 czerwca 2001

Kilka tygodni temu przekonywałem młodego dziennikarza, by nie odchodził z zawodu. "To nie ma sensu - powtarzał - w tym kraju nie można być uczciwym dziennikarzem".

Tłumaczyłem, że przesadza, mówiłem górnolotnie o misji, o służbie prawdzie. Zależało mi, by nie odchodził, bo jest uczciwym i dobrym fachowcem. Z. na razie pozostał, zapewne nie z powodu mojego gadania, ale dlatego, że lubi ten zawód.

Jan Paweł II, przemawiając w 1980 r. w UNESCO do ludzi nauki i kultury, mówił o środkach społecznego przekazu: "nie mogą one pozostawać tylko środkami dominacji nad innymi czy to ze strony czynników sprawujących władzę polityczną, czy też ze strony potentatów finansowych, dyktujących ich program i profil. Muszą stawać się środkiem - i jakże ważnym środkiem - ekspresji tego społeczeństwa, które z nich korzysta, a ostatecznie też je utrzymuje. Muszą liczyć się z prawdziwymi potrzebami tego społeczeństwa (...) z kulturą narodu i jego historią (...). Nie mogą być podporządkowane kryterium interesu, sensacji i doraźnego sukcesu - a licząc się z wymogami etyki, muszą służyć kształtowaniu życia ťbardziej ludzkiegoŤ". W adhortacji "Christifideles laici" papież pisze o potrzebie zdecydowanego i odważnego przeciwstawiania się wszelkim formom monopolizacji i manipulowania w mediach. "Na wszystkich drogach świata, a więc także na jego wielkich arteriach, jakimi są prasa, film, radio, telewizja i teatr, musi być głoszone zbawcze słowo Ewangelii". Co z tych zasad pozostało w polskich mediach?

Pesymizm
"Tak źle jeszcze nie było" - stwierdza znajomy dziennikarz. Tomasz Lis, który w TVN stworzył najlepszy program informacyjny i wyznaczył na użytek polski standardy profesjonalnego dziennikarstwa informacyjnego w telewizji, mówił 3 lutego w dominikańskim instytucie "Tertio Millennio" o cenzurze i naruszaniu wolności słowa. Podobnie sytuację oceniał Krzysztof Skowroński (do niedawna w Radio "Zet", dziś w "Trójce" i TV "Puls"). Joanna Bichniewicz, najlepsza reporterka "Informacji" Polsatu, odchodzi po 7 latach pracy, gdyż ocenia, że obecność w programie, którego szefem został Dariusz Szymczycha, rzecznik prasowy kampanii prezydenckiej Aleksandra Kwaśniewskiego, podważy jej dziennikarską wiarygodność.

Ewa Szumańska zauważyła w "Tygodniku Powszechnym" (2001, nr 5), że Polska w telewizji publicznej (która jest "lewa") jawi się jako kraj w przededniu katastrofy, "rządzony przez półgłówków i okrutników, nieczułych na ludzką dolę, kraj, w którym każde przedsięwzięcie jest związane z malwersacją, a każda sprawa jest sprawą dla reportera". Autorka zastanawia się, co będzie, gdy lewica wygra wybory, na co wskazują sondaże. Jeśli w telewizji publicznej nie zajdą żadne zmiany, wtedy wszyscy decydenci będą z tej samej opcji. "Trzeba będzie obraz - ginącego dziś kraju - radykalnie polepszyć i przekonać ludzi, że w nowej sytuacji (...) wszystko staje się swoją własną odwrotnością". Powstaje pytanie o honor i twarz dziennikarzy.

Uznałem, że bliskość, zarówno ta przyjacielska, jak i duszpasterska, upoważnia mnie do zabrania głosu. Czas pewne sprawy powiedzieć wprost i zapytać, czy "czwarta władza" po 10 latach wolnej Polski nie znajduje się w potrzasku, czy nie grozi jej degeneracja moralna. Chciałbym rozpocząć dyskusję. Zastanówmy się nad zagrożeniami, które mogą załamać wiarygodność środków przekazu.

Polityka
Upolitycznione jest wszystko. Skład Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji odzwierciedla skład parlamentu, który do spółki z urzędem prezydenckim ten dziwny twór medialny powołuje. Andrzej Wajda w 1997 r. wygłosił na Zamku Królewskim odczyt "Zabić mamuta". Mówił wtedy: "To, co dzieje się dziś z telewizją publiczną, ma głębokie korzenie w pierwszej ustawie o radiofonii i telewizji. Decyzja o upolitycznieniu KRRiTV to największe nieszczęście. Było przecież wiadomo, że dla nadzoru nad instytucją, która ma tak wielkie możliwości nacisku, niezbędni są ludzie odporni na nacisk, również polityczny, a nie tylko finansowy. Krajowa Rada zajęta wielką polityką (...) jest bezsilna wobec presji kolejnych gabinetów". Myślę, że Rada nie jest bezsilna, ona po prostu realizuje interesy większości parlamentarnej, która ją wybrała. Przecież ta sama Rada przydzielała i przydziela koncesje. Trudno uwierzyć, że są one "apolityczne", wszak partyjne "umocowanie" do czegoś zobowiązuje. Nie można więc udawać, że instytucja ta dba o ład medialny, dlatego, że główną jej troską jest przede wszystkim specyficznie pojmowany ład polityczny (a więc także finansowy).

KRRiTV powołuje na wskroś polityczną Radę Nadzorczą TVP, ta super-polityczny Zarząd telewizji, ten zaś wybiera - rzecz jasna z klucza politycznego - kierownictwo programów, ze szczególnym uwzględnieniem informacyjnych i politycznych. Kierownicy programów decydują o wydawcach i prowadzących...

Obecnie w telewizji publicznej panują bezwzględnie SLD i PSL. Ostatnio szczegóły tego "panowania" ujawnił Janusz Rolicki, były szef "Trybuny", który najpierw w "Rzeczpospolitej", a potem w "Gazecie Wyborczej", opowiadał o cotygodniowych "naradach produkcyjnych" w Sejmie, w których brały udział kierownictwa SLD, TVP i Polskiego Radia. Przecież to kompromitacja. Zaznaczam od razu, że nie mam złudzeń i wiem, że gdyby telewizją rządziła prawica sytuacja byłaby podobna. Nie ulega wątpliwości, że telewizja publiczna musi być obiektywna, niezależna, ponadpartyjna i wolna od wszelkich "przechyłów ideowych". Inaczej jej istnienie nie ma żadnego sensu. Ostatni wybryk szefa "Wiadomości" Piotra Sławińskiego - który w wewnętrznym piśmie redakcyjnym przed pielgrzymką Ojca św. na Ukrainę pisze o papieżu: pan Karol Wojtyła, przywódca religijny rzymskich katolików, lider Państwa Watykańskiego - nie nastraja optymistycznie. Jak na razie nie słyszałem o protestach dziennikarzy "Wiadomości", a przecież skandaliczne postępowanie szefa uderza także w nich.

Wielu dziennikarzy z niepokojem obserwuje upolitycznienie stacji komercyjnych, nasilające się w perspektywie przyznawania bądź odnawiania koncesji. KRRiTV potępiła wprawdzie program "Big Brother", używając bardzo ostrych słów, ale jednocześnie odrzuciła wniosek jednego z członków Rady, by słowa te odnieść także do nadawcy. To tak, jakby "Wielki Brat" sam się produkował i nadawał. W kilka dni później stacja, która nadaje ów "reality-show" otrzymała cztery nowe częstotliwości. Nie oceniam TVN-u i programu, chcę tylko pokazać hipokryzję Rady.

Goleń i agitki
A teraz konkretne przykłady. Na początek klasyk, czyli sprawa Charkowa i prezydenckiego "pourazowego zespołu przeciążeniowego goleni prawej". Większość znajomych dziennikarzy uważa, że pominięcie przez najbardziej wpływowe media skandalu na grobach polskich oficerów jest jeśli nie największą, to na pewno najbardziej spektakularną kompromitacją "czwartej władzy" od 1989 r., a więc od chwili odzyskania niepodległości. Dobrze by było jeszcze raz obejrzeć "Wiadomości" z tamtych dni i przypomnieć sobie, jak były redagowane komunikaty na temat "goleni". Powiało wtedy grozą rodem z minionej epoki i jednocześnie absurdem, którego by nawet Mrożek nie wymyślił. Stacje komercyjne wyświetliły film z Charkowa po kilku dniach wytężonych narad i zapewne dzięki nieustępliwości niektórych dziennikarzy. Czy dzisiaj postąpiłyby podobnie?

Zbyt często sprawdzają się - jak widać - słowa teoretyka wolności mediów, Jay?a Schwarzmana, który uważa, że problemu nie stanowią informacje błędne czy fałszywe, ale te, których brakuje. Czasami czytam gazetę i oglądam telewizję pod tym właśnie kątem: wyszukuję wiadomości, których nie ma i zastanawiam się, dlaczego ich nie ma. Dobrze byłoby również zanalizować, jak często uczciwe informacje tracą swój pierwotny sens poprzez wpisywanie ich - wbrew intencjom autorów - w fałszywy kontekst. Chodzi o to, że wielu dziennikarzy nie ma wpływu na to, jak zostanie użyty przygotowany przez nich materiał filmowy.

Teresa Bogucka w "Gazecie Wyborczej" (11 IV 2001), analizując programy informacyjne TVP, zwróciła uwagę, że obok materiałów konstruktywnych, można by powiedzieć "obojętnych", pojawia się coraz częściej tendencyjność w relacjonowaniu życia polityczno-partyjnego. "Po obejrzeniu serwisów informacyjnych widz musi dojść do wniosku, iż dokonania opozycji są zdecydowanie bogatsze i bez reszty konstruktywne. Najłagodniej mówiąc, SLD i PSL posiadły niezwykłą umiejętność kreowania wydarzeń, które TVP lekko uznaje za godne szerokiego upublicznienia. Faktom szczególnym, czysto werbalnym i wewnątrzpartyjnym, telewizja publiczna przydaje rangę opisu rzeczywistości. (...) Dzięki temu można widza zawiadomić, że po objęciu władzy przez SLD Polska wróci na ścieżkę szybkiego wzrostu (z której, jak widać, lekkomyślnie zeszliśmy), że Sojusz tworzy swój program w konsultacji z zainteresowanymi (co inni zaniedbują), że ratunkiem przed bandytyzmem będzie rozdanie obywatelom broni (Kaczyński ze swoimi pomysłami kary śmierci zostaje przelicytowany). SLD tworzy wydarzenia dla TVP". Niestety dziennikarze ulegają i przekazują nie informacje, ale klipy wyborcze SLD. Oto w sobotę, 28 kwietnia br., w głównym wydaniu "Wiadomości" pokazano kilkuminutowy felieton o bezrobociu, przetykany fragmentami przemówienia szefa SLD, Leszka Millera, które ten wygłosił w Radomiu. Usłyszeliśmy cudowne, ozdrowieńcze recepty, a wszystko zostało zrealizowane w formie klasycznej agitki przedwyborczej. Coraz więcej takich materiałów można obejrzeć w "Wiadomościach". Nikt nie przejmuje się, że jest to kompromitacja dziennikarstwa. Tracą na tym dziennikarze wybitni, np. Katarzyna Kolenda-Zaleska i Magda Tadeusiak, których profesjonalne "newsy" giną w zalewie miernoty.

"Wdeptać go w ziemię"
Oto inne przykłady. Młody dziennikarz A. prowadzi rozmowy telewizyjne z politykami. Jeden z jego szefów ("umocowany politycznie"), wiedząc, że gościem będzie minister X., którego nie lubi, nakazuje dziennikarzowi "wdeptać go w ziemię". A. poprowadził rozmowę jak zwykle, czyli spokojnie, choć dociekliwie. Wkrótce dowiaduje się od szefa: "Już nie prowadzisz programu".

Dziennikarka B. z lokalnego ośrodka telewizyjnego opowiada, jak koleżanki i koledzy są wykorzystywani do załatwiania partykularnych interesów partyjnych. B. była wydawcą informacji. Wspomina liczne naciski polityczne. Śmiejemy się, kiedy mówi o najbardziej absurdalnych. Oto dyrektor finansowy ośrodka dzwoni z poleceniem, żeby wysłać kamerę na poświęcenie sztandaru PSL w jakiejś gminie. Odmówiła, skończyło się naganą. Potem było wiele innych nacisków. W końcu B. znalazła się na liście zwolnień w ramach "reformy" telewizji publicznej. B. wychowuje samotnie dwójkę dzieci, chce wrócić do zawodu, ale nie do takiej telewizji. Za bezkompromisowość płaci się wysoką cenę.

C. (z dużym doświadczeniem) opowiada, jak dziś młody dziennikarz może szybko wybić się, a przecież chęć zrobienia kariery jest ważną cechą tego zawodu, pragnienie takie samo w sobie nie jest zresztą złe. Jakie zatem mogą być metody? Oto np. w redakcji informacyjnej pojawia się materiał, który jest zmanipulowanym atakiem na przeciwnika politycznego. Młody adept zawodu ma nad tym materiałem "popracować", podpisać się i dać swój głos. Pokusa jest duża. "Teraz zaistnieję, albo nigdy." Oczywiście on wie - mówi C. - że uczestniczy w brudnej robocie, ale myśli sobie, że w przyszłości im (to znaczy obecnym szefom) jeszcze pokaże! Zapomina, że kto się raz sprostytuował, ten pozostaje na długo w uścisku sutenera, a potem trudno odbudować kredyt zaufania i odzyskać twarz.

Luiza Zalewska z "Rzeczpospolitej", która z uporem śledzi zawirowania polityczne w mediach, podaje (16 II 2001) jak to "dziesięć lat po odzyskaniu niepodległości" na sejmowym korytarzu można usłyszeć dziennikarkę, która prosi lidera PSL, by załatwił jej i grupie znajomych wyrzuconych właśnie z pewnej medialnej instytucji, pracę w telewizji publicznej. Zalewska podaje jeszcze szereg innych przykładów postaw, których środowisko dziennikarskie powinno się wstydzić.

D. opowiada, że jedno z najważniejszych słów w mediach to "oblig". Oznacza to, że narzuca się odgórnie konkretnego polityka do programu - w obecnym układzie wpływów z SLD bądź z PSL - by "skomentował" jakieś wydarzenie (nawet jeśli nie ma o sprawie pojęcia, najważniejsze, żeby mówił długo i "odpowiedzialnie"). Ma po prostu przekazać obowiązującą wykładnię i usankcjonowaną ocenę. Dziennikarze wysłuchują tych monologów. Ciekawe, czy mają poczucie dobrze spełnionego obowiązku; przecież nie są autorami tych programów. Więc po co to robią? Tomasz Lis, który kilka lat temu pracował w telewizji publicznej mówi, że w instytucji tej "od szczytów po same doły, istnieją de facto komisarze polityczni. Kiedyś byli z jednego nadania, teraz są klucze polityczne. Wszyscy o tym wiedzą".

E. z TVP twierdzi, że najważniejsze jest "na jakim spadochronie gość spadł", albo inaczej "z jakiego jest klucza". Chodzi o to, kto za nim stoi politycznie i towarzysko, gdzie jest "umocowany". "Oni liczą się tylko z silnymi" - mówi E.

Lis w "Tertio Millennio" zauważył, że to, co dzieje się w telewizji publicznej, negatywnie wpływa na cały rynek mediów. "Jeśli główne medium nie zauważa jakiejś istotnej sprawy, to ja, mówiąc o niej w jednej z prywatnych telewizji, jestem w zasadzie już na antypodach". Ciekawe jest jeszcze jedno spostrzeżenie Lisa. Oto coraz częściej w polskich mediach pada pytanie: dajecie to czy nie dajecie? "Jest wydarzenie, którego nie sposób ignorować, a ludzie dzwonią do siebie i pytają: dajecie to? A jak to dajecie? Dajecie teraz czy dopiero w wieczornym wydaniu? Okrojone czy nie? (...) Czyli przeszliśmy już na poziom, na którym wszyscy się w jakimś stopniu przyzwyczaili do ograniczania wolności słowa. Dlaczego mówię: wszyscy? Bo nie słychać protestów spoza mediów." Gdzie są artyści? Gdzie są intelektualiści? Gdzie są "autorytety moralne"? Gdzie są głosy sprzeciwu? - woła dramatycznie Lis. Jeszcze ważniejsze pytanie postawił Krzysztof Skowroński: gdzie są dziennikarze? "To, co się dzieje, to nasza wina, naszego niedoświadczenia - to, że dyskusja publiczna ograniczyła się do kilkudziesięciu osób (...) Zadajemy te same pytania i dostajemy te same odpowiedzi. Wszyscy się już przyzwyczaili, że nic więcej zdarzyć się nie może. Nikt inny niczego nowego nie może powiedzieć."

Uprzedmiotowienie
Nie unikniemy także tematu pieniędzy. Warto zatem przypomnieć znakomity artykuł Dominiki Wielowieyskiej "Korupcja mediów" ("Gazeta Wyborcza", 31 III 2000). Tekst piorunujący, a zapanowała nad nim jakby zmowa milczenia, choć prywatnie - o ile wiem - gratulowano Dominice odwagi. Pozostaje problem uzależnienia finansowego dziennikarzy, z którym wiąże się po prostu strach o byt. Jak podaje "Press" (nr 2001, nr 3), w wielu redakcjach latami pracuje się bez stałej umowy o pracę. "Dziennikarze są zgodni: zwolnienie to częsta groźba szefów. - Kiedyś zapytałem o etat. Szef mi dał do zrozumienia, że jak mi się nie podoba, mogę iść gdzie indziej - mówi jeden z prezenterów ponadregionalnej sieci radiowej z centralą w Warszawie." Ale etat również nie zapewnia bezpieczeństwa. Znane są bowiem przypadki "brania dziennikarzy głodem". Oznacza to, że dziennikarzowi pracującemu w redakcji informacyjnej nagle nie daje się żadnych zleceń; przestaje realizować jakiekolwiek materiały i pozostaje na tzw. "gołym etacie", a pensja zbliżona jest wtedy do najniższej krajowej. To ciężka próba dla młodego dziennikarza na dorobku, który ma np. spłacić kredyt mieszkaniowy, próba charakteru i niezależności. Są także redakcje, w których sytuacja materialna jest bardzo dobra (tzw. "złote kajdany"). Wiele wtedy zależy nie tylko od dziennikarzy, ale także od charakteru i klasy moralnej kierownictwa.

Uprzedmiotowienie dziennikarzy jest - zdaniem G. - najbardziej niebezpiecznym zjawiskiem, za to bardzo pożądanym przez kierownictwa telewizyjne, radiowe i prasowe. Dominuje strach przed zwolnieniami; dziennikarze, którzy jeszcze kilka lat temu potrafili walczyć o swoją niezależność, dziś milczą. "Reformą" telewizyjną można wszak uzasadnić każdy ruch personalny, a rynek medialny jest mocno nasycony i wbrew pozorom, dość trudno znaleźć na nim pracę, nawet jeśli ma się "nazwisko".

Opisana wyżej sytuacja w mediach owocuje słabnącym poziomem profesjonalnym i merytorycznym niektórych dziennikarzy. Jeszcze kilka lat temu byłoby nie do pomyślenia, by w jednym z największych programów informacyjnych dziennikarz przekazywał relacje z kilku "imprez" politycznych odbywających się w tym samym czasie. Obecnie wysyła się ekipę filmową, która nakręci kilka obrazków, a potem dziennikarz czyta pod te obrazki serwis PAP, choć widzimy napis, że materiał przygotował właśnie on. Jeśli chce dodatkowo coś podretuszować politycznie, bez trudu to zrobi. Ewa Szumańska opisywała w "Tygodniku Powszechnym" populistyczny styl sprawozdań z procesów sądowych. Ostatnie relacje z Czarnej Białostockiej - nauczycielka zamordowała tam w szkole ucznia - biły rekordy bezwstydu i demagogii; niestety w tym przypadku do ogólnego poziomu dostosowały się "Fakty" Lisa (nie mówiąc już o programie "Pod napięciem"). Informacje TVN-u obciążają także tendencyjne relacje na temat eutanazji. W telewizji publicznej tolerowane są programy na poziomie "Tygodnika Politycznego Jedynki". Audycje interwencyjne żerują na najniższych instynktach ludzkich (dotyczy to zarówno anten komercyjnych, jak i publicznych). Nikt nie zwraca uwagi na to, że tzw. "stand-upy" (wygłaszane na stojąco krótkie komentarze po informacji filmowej) są niezwykle trudną formą dziennikarską. Lepiej czasami z niej zrezygnować niż się ośmieszać. Podobne przykłady nieudolności można mnożyć.

Stefan Bratkowski powiedział w "Życiu" (28 II 2001): "Przez cały czas telewizja wykonuje funkcję urabiania widzów, nakłaniania ich do przychylnego przyjęcia pokazywanych ludzi i faktów, czyli po prostu spełnia funkcję w zakresie public relations. Wystarczy tylko policzyć ilość informacji, w których pokazuje się polityków (...) dwóch ugrupowań i sprawdzić, czy oni w ogóle mają coś do powiedzenia".

Korozja demokracji
K. twierdzi, że najbardziej przykry jest brak solidarności zawodowej (wspólne wystąpienie dziennikarzy Radia "ZET" było czymś wyjątkowym). W polskiej telewizji publicznej nie byłby możliwy taki protest jak w Pradze, nikt też nie wystąpi w obronie niesłusznie zwalnianego kolegi. "Dziennikarze TVP S.A. to środowisko zdezintegrowane" - twierdzi Krystyna Mokrosińska, p.o. szefa Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, od wielu lat pracująca w telewizji. Żeby protestować, dziennikarz musi znać swoją wartość. Poza tym w TVP, jak mówi Mokrosińska, działa 17 związków zawodowych. W jednym np. zrzeszonych jest 15 osób z kierownictwa, a w innym 3 tys. pracowników, tymczasem prawo stawia wszystkie związki na równi, przez co mogą wzajemnie blokować się w swoich działaniach. K. twierdzi, że niektórym dziennikarzom mówi się: "Zespół wytypował was do zwolnienia". Rodzi to nieufność, może prowadzić nawet do metody donosu, aby wybronić siebie. Jeden z dyrektorów w ośrodku regionalnym powiedział, że on przy zwalnianiu stosuje kryterium nie merytoryczne, ale "symetryczne"...

Krzysztof Piesiewicz powiedział (cytuję za Ewą K. Czaczkowską z "Rzeczpospolitej", 12 II 2001): "Wolność słowa jest darem, który wymaga codziennej troski. Mam niekiedy poczucie, iż wolności informacji, którą wywalczyliśmy w 1989 roku, nie potrafiliśmy do końca uchronić w pełnym kształcie (...) Jeżeli rzeczywistość w mediach jest manipulowana, a obywatele mają podejmować decyzje na podstawie opisu sytuacji przez media, to czy mamy do czynienia z procesem korozji demokracji? I czy słaba kondycja polskiej demokracji zagraża wolności mediów?". Zdaniem Piesiewicza w medialnym procesie korodowania demokracji uczestniczą wszystkie media: telewizje publiczna i komercyjne, gazety liberalne, lewicowe, katolickie. "Ten proces nie obejmuje wyłącznie informacji politycznej, ale dotyczy także preferencji estetycznych, wartości, zachowań".

Myślę, że solidarność środowiskową i wiarygodność można odzyskać tylko przez głęboki rachunek sumienia, uczciwy, bez żadnych samousprawiedliwień. Słowem, poprzez odbicie się od dna. W zawodzie dziennikarskim trzeba stawiać na prawdę. Za wszelką cenę. Dziennikarz, który sprzeniewierza się tej zasadzie marnuje życie, degeneruje się i kompromituje moralnie, a dziennikarstwo, które nie służy prawdzie nie ma żadnego sensu. Wiem, że rzeczywistość nie jest czarno-biała, że istnieje szarość w 66 odcieniach, że niekiedy trzeba iść na kompromisy, że czasami należy niektóre informacje przemilczeć dla dobra drugiego człowieka. Ale są przecież granice - tam gdzie zaczyna się kłamstwo, tam kończy się dziennikarstwo.

Zmiany
Wielu oczekuje, że wkrótce skończy się taniec oszustw. Należy - mówią - zmienić Ustawę o Radiofonii i Telewizji, a szczególnie sposób finansowania telewizji publicznej, bo w przeciwnym razie instytucja ta zbankrutuje, a wraz z nią kultura (w pierwszej kolejności film). Krzysztof Zanussi w czasie wręczania nagrody "Orłów" za najlepszy film roku mówił, że orły te szybują w ciemnych chmurach, zbierających się nad polskim kinem. TVP nie wygra konkurencji z telewizjami komercyjnymi, które promują mentalność "McWieprza". Jeszcze możemy w niej obejrzeć filmy o Miłoszu, Nowaku-Jeziorańskim, Rybczyńskim. Najczęściej są to już powtórki. Co będzie dalej? Tylko TVP przekazuje obszerne relacje z pielgrzymek papieskich. Jak długo jeszcze? Co będzie z Teatrem TV, z polskim filmem? Nie ulega wątpliwości, że TVP przestaje pełnić swoją misję niemal pod każdym względem, a więc także w dziedzinie tzw. kultury wysokiej. Posługuje się przy tym zgranym argumentem o przeciętnym widzu, który chce tylko taniej sensacji, telenowel i biesiad. Jest to fałsz - takie uogólnienia na temat poziomu widzów są nieuprawnione i obraźliwe. W konsekwencji jednak TVP prezentuje np. polską klasykę filmową w środku nocy z niedzieli na poniedziałek.

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przygotowuje projekt zmian w Ustawie o Radiofonii i Telewizji Publicznej. Proponuje powołanie Komisji ds. radiofonii i telewizji, która składałaby się z przedstawicieli: ogólnopolskich stowarzyszeń i organizacji twórczych działających na polu mediów i kultury co najmniej pięć lat, Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, Kościoła Katolickiego, Polskiej Rady Ekumenicznej oraz z dwóch posłów i dwóch senatorów reprezentujących odpowiednio rząd i opozycję - razem ok. 30 osób. Komisja ta przedstawiałyby kandydatów do rady nadzorczej. KRRiTV musiałaby obligatoryjnie kierować się ilością głosów, jaką poszczególni kandydaci otrzymali w głosowaniu Komisji. Zarząd spółki powinien być jednoosobowy i powoływany w drodze konkursu spośród osób wyróżniających się wiedzą i doświadczeniem. Jest to niewątpliwie projekt dyskusyjny, ale przecież posuwający sprawę naprzód. Czy ktoś zajmie się nim poważnie?

Sądzę, że podstawą są jednak dziennikarze, którzy stanowią krwiobieg mediów. Jeśli oni kapitulują, rezygnują, przeczekują, jeśli dominuje w ich postawie zaniechanie, wtedy następuje zator i zapaść. Dlatego nikt nie zwolni dziennikarzy z odpowiedzialności za stan mediów. Krzysztof Skowroński uznał, że to oni powinni w pierwszej kolejności podjąć trud walki o niezależność słowa, czyli o prawdę w polskich mediach, zarówno publicznych jak i komercyjnych.

Bronisław Wildstein w czasie dyskusji w "Tertio Millennio" powiedział, że w Czechach był możliwy protest, który doprowadził do zmian, bo w praskiej telewizji nie pracuje nikt sprzed 1989 roku. W Polsce to jest niemożliwe. Diagnoza z pozoru słuszna, ale nie do końca. Wiele kierowniczych funkcji w polskich mediach sprawują ludzie mający ok. 30 lat, dla których niekiedy nawet stan wojenny jest zamierzchłą przeszłością.

Pierwsza scena "Człowieka z marmuru" Andrzeja Wajdy. Długi korytarz w gmachu na Woronicza; Agnieszka (Krystyna Janda) - zbuntowana, młoda reżyserka, która chce robić uczciwe filmy i także młody redaktor telewizyjny (Bogusław Sobczuk) - klasyczny partyjny konformista. Proponuje Agnieszce, by realizowała filmy propagandowe (wtedy zrobi karierę), a nie o dramacie lat stalinowskich. "Tego nikt nigdy nie puści" - przekonuje. Zirytowana reżyserka pyta: "Ile pan ma lat?". "Dwadzieścia osiem" - odpowiada redaktor. Polecam tę scenę dzisiejszym młodym szefom redakcji telewizyjnych, i nie tylko telewizyjnych.

Zobacz artykuły na podobny temat:

Jak zdać na dziennikarstwo. Prawo autorskie

© by Dawid Federowicz & Oficyna Studencka CEZAR
Co się zdaje na wstępnym, gdzie można studiować i na czym dziennikarstwo w ogóle polega.

Apogeum telewizji

Michał Chmielewski
Prawie każdy nowy program opiera się na podglądaniu. Twórcy nie mają już ciekawszych i barwniejszych pomysłów na programy. Problemem są też telewidzowie, którzy niczego więcej nie wymagają. Smutne to.

Tendencja

Michał Chmielewski
Kiedy stan papieża się pogorszył, świat dosłownie stanął w miejscu. W sensie metaforycznym. W gazetach, telewizji i radiu nie było o niczym innym mowy, wszyscy relacjonowali wydarzenia z Watykanu.

praca w mediach

Whitepress

reklama





zarabiaj

Zarabiaj z Reporterzy.info

więcej ofert

Reporterzy.info

Dla głodnych wiedzy

Nasze serwisy

Współpraca


© Bartłomiej Dwornik 2oo1-2o17