menu
tygodnik internetowy ISSN 2544-5839
nowe artykuły w każdy poniedziałek
tytuł monitorowany przez IMM

31.12.2007 Prawo w mediach

Przy prawie nie można majstrować

Emil Górecki, Merkuriusz Uniwersytecki

O tym, co należy zmienić w prawie prasowym, w postępowaniu dziennikarzy i redakcji oraz jak tego dokonać rozmawiam z dr Barbarą Mąkosą - Stępkowską, wykładowcą Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, specjalistą prawa prasowego i Dyrektorem Biura Informacji Ministerstwa Sprawiedliwości w latach 1996 - 2006.

Pani doktor, czy trzeba zmienić prawo prasowe, tak jak to mówią politycy i dziennikarze?
Trzeba zmienić, bo jest to ustawa z 1984 roku, a więc stosunkowo stara. Od tego czasu zmieniła się technika, mamy nowe formy komunikacji, mamy internet, inaczej wygląda działalność reklamowa. Ustawa dotycząca komunikowania musi stać się bardziej nowoczesna. Ale to wcale nie oznacza, że dziś obowiązujące prawo prasowe jest złe. Ona spełniła swoje zadanie i sam fakt, że nadal obowiązuje świadczy o tym, że da się funkcjonować z takim prawem. Nie znaczy to, że nie trzeba tworzyć nowego, mam nadzieję lepszego. Ale nie należy robić tego zbyt pochopnie, tylko ze względu na jakieś potrzeby doraźne, albo ze względów ideologicznych. A tak się dzieje - jak jest jakieś wydarzenie, które oburza czy to środowisko dziennikarskie, czy to polityków, to natychmiast wszyscy chcą zmian w prawie prasowym, właśnie takich, jakie im się wydają właściwe akurat w kontekście tego pojedynczego wydarzenia.

To chyba będzie trudne zadanie? Nowa ustawa jest zapowiadana przez polityków już od dawna, a w dalszym ciągu funkcjonujemy ze starą.
Tworzenie prawa w ogóle nie jest rzeczą łatwą. Ale też nie niemożliwą. Dorobek twórczy naszych ustawodawców pokazuje nawet, że prawo zmienia się zbyt często, jest zatem mało stabilne. Ta akurat ustawa obowiązuje od ponad 20 lat. To długo, zwłaszcza, kiedy wiele się zmieniło w mediach i w ogóle w Polsce. Myślę, że potrzeba odpowiedniego czasu, żeby się spokojnie przyjrzeć temu zagadnieniu i nie pochopnie i nie pod wpływem chwilowych emocji zastanowić się, co trzeba zmienić, co wprowadzić. Samo środowisko dziennikarskie powinno się w ten proces włączyć, nie tylko krytykować dzisiejsze rozwiązania.

Prawo prasowe musi objąć sferę etyki i moralności. Czy nie na tym polega szczególna trudność dla ustawodawcy?
Nie, to nie jest szczególna trudność. Zasady etyczne czasami wykraczają poza to, co stanowi materię czysto normatywno-prawną. Normy etyczne i prawne pokrywają się tylko częściowo, ale to dotyczy także wielu innych dziedzin prawa. Myślę, że należałoby się przyjrzeć tej spisanej etyce, czyli kodeksom etycznym dziennikarzy. Dzisiaj nie ma jednej organizacji dziennikarskiej, która może się uważać za reprezentanta całego środowiska. Również dziennikarze nie utożsamiają się z tymi stowarzyszeniami. Dlatego te zasady etyczne nie są takie wyraźne, nie mają charakteru ogólnego i nie wszyscy dziennikarze utożsamiają się z nimi.
Ważna jest kwestia wrażliwości dziennikarzy. Nawet doskonała znajomość prawa nie "załatwia" problemów natury etycznej. Temu zawodowi musi towarzyszyć pewna wrażliwość. To przekłada się też na język regulacji prawnych. Europejska Konwencja Praw Człowieka (artykuł 10.) mówi, że prawo do wyrażania opinii musi być urzeczywistniane w sposób odpowiedzialny i tym samym pociąga za sobą obowiązki. Dlatego też prawo to podlega pewnym ograniczeniom. Dziennikarze, którzy bardzo często powołują się na ten artykuł mówiąc o swoich prawach do wolności wyrażania opinii, jakoś zapominają o tym, że trzeba to prawo wykonywać odpowiedzialnie i że pewne ograniczenia są w społeczeństwie demokratycznym są konieczne.

Czy stara ustawa daje sobie radę z nowymi mediami?
Owszem, ogarnia je, ale tylko pośrednio. Nie ma w niej na przykład mowy o Internecie, bo nie mogło być o nim mowy w chwili, gdy ustawę tworzono. W praktyce powstają problemy - przykładowo: czy i w jakiej formie rejestrować taką działalność - jako prowadzenie dziennika lub czasopisma? Jakie prawa i obowiązki odnoszą się do tworzących internet? Sama definicja prasy jest na tyle ogólna, że mówi o innych powstających w wyniku postępu technicznego środkach przekazu i tu można "wcisnąć" internet.

Ogólniki w tej ustawie odnoszą się chyba nie tylko do nowych mediów. Przykładowo - prawdziwe przedstawianie omawianych zjawisk. Jak trzeba rozumieć ten obowiązek?
To bardzo górnolotne sformułowanie. W samej filozofii mamy wiele różnych definicji prawdy. Pojawia się pytanie: o jaką prawdę chodzi ustawodawcy. Odpowiedź rodzi trudności niemalże nie do pokonania. Ale pomijając to: trzeba łączyć obowiązek prawdziwego przedstawiania omawianych zjawisk z obowiązkiem szczególnej staranności i rzetelności dziennikarskiej, który dzisiejsze prawo prasowe przewiduje w artykule 12. Jest tam powiedziane, że w ramach tego obowiązku dziennikarz musi zwłaszcza sprawdzić zgodność z prawdą uzyskanych informacji lub podać ich źródło. To jest alternatywa. Źródło musi być podane również zgodnie z zasadą szczególnej staranności i rzetelności - musi to być źródło właściwie dobrane, wiarygodne, nie przypadkowe. Nie może być podane w sposób enigmatyczny, nie pozwalający na sprawdzenie jego wiarygodności. A jeśli dziennikarz ma sprawdzać zgodność z prawdą uzyskanych informacji, to musi zrobić wszystko co jest możliwe w danej sytuacji żeby ustalić prawdziwość faktów. Jeżeli się pomyli, mimo że zrobił wszystko, co było możliwe by sprawdzić prawdziwość informacji, to wtedy nie może ponosić za to odpowiedzialności. Takie jest również stanowisko sądów polskich i orzecznictwo Sądu Najwyższego. Istotne jest tu jedno: jeżeli okaże się, że dziennikarz napisał nieprawdę, mimo że zrobił wszystko co było możliwe, żeby tę prawdę ustalić, niczego nie przekręcił, zachował się stosownie do zasady rzetelności i uczciwie, niczego nie sugerował, nie pisał pod gotową tezę, nie zmanipulował tekstu, to wtedy, skoro w efekcie przekazał nieprawdę, to powinien w imię dobrze pojętego obowiązku odpowiedzialnego tworzenia sprostować tę informację. A oto czasami toczą się boje i dziennikarze, jak ognia, unikają sprostowań.

Co jeszcze trzeba w tej ustawie poprawić lub zmienić?
Trzeba moim zdaniem, choćby dodać definicję reklamy. Dziś jest ona umieszczona tylko w ustawie o radiofonii i telewizji, czyli w praktyce odnosiłaby się tylko do reklamy radiowej i telewizyjnej. To przecież nie wyczerpuje zjawiska. W prawie prasowym mówi się o zakazie prowadzenia ukrytej działalności reklamowej, jest mowa o reklamach i ogłoszeniach, jest mowa o tym, jakie są podstawy odmowy ich zamieszczenia, jaki jest zakres odpowiedzialności prasy za ich treść, natomiast samej definicji reklamy nie ma. Trzeba by się było zastanowić, czy nie stworzyć uniwersalnej definicji na użytek wszystkich mediów.

Czy trzeba wprowadzić jeszcze jakieś nowe elementy?
Dziś obowiązujące prawo prasowe nie obejmuje w definicji dziennikarza olbrzymiej rzeszy ludzi, wykonującej taką działalność, zwanych wolontariuszami. Dzisiaj dziennikarzem jest osoba powiązana stosunkiem pracy z redakcją, albo osoba która działa na rzecz lub z upoważnienia redakcji. Oznacza to, że ktoś, kto nie działa z upoważnienia jakiejś konkretnej redakcji, ale tworzy materiał prasowy i dopiero potem próbuje ten tekst sprzedać jakieś redakcji, w sensie prawnym nie jest dziennikarzem. Należałoby się zastanowić nad zmianą tej definicji tak, by obejmowała ona także wolontariuszy.

Więc taka osoba, która tworzy materiał po to, by go gdzieś sprzedać nie musi się stosować do przepisów prawa prasowego?
W sensie prawnym nie jest dziennikarzem. Ona, co prawda zajmuje się przygotowaniem materiałów prasowych, czyli spełnia tę pierwszą część definicji, ale nie działa na rzecz lub z upoważnienia redakcji. W świetle prawa nie jest dziennikarzem, ze wszystkimi konsekwencjami z tego wynikającymi. Dziś tych konsekwencji nie jest aż tak dużo, bo dziennikarze mają takie same prawa jeśli chodzi o tryb uzyskiwania informacji publicznej, jak każdy inny obywatel. Dziennikarze stracili swoją uprzywilejowaną pozycję w dostępie do informacji publicznej i być może to też należałoby dostrzec w przyszłej ustawie prasowej, bo w praktyce pojawiają się problemy z uzyskiwaniem i udzielaniem informacji.

Czyli dziennikarze muszą czekać na swoją kolejkę? Przecież zwykle potrzebują odpowiedzi "na wczoraj"!
W ustawie o dostępie do informacji publicznej jest powiedziane, że informacja ma być udzielona bez zbędnej zwłoki, ale nie później, niż w ciągu 14. dni od złożenia wniosku. Dlatego jeśli dziennikarz złoży taki wniosek, to teoretycznie może spotkać się z odpowiedzią, że jest któryś w kolejce i że dostanie odpowiedź w ciągu 14. dni. Możemy sobie wyobrazić, co to oznacza dla dziennikarza telewizyjnego programu informacyjnego. Oczywiście w praktyce tworzy się często pewien niepisany przywilej dla dziennikarzy, ale z punktu widzenia prawa nigdzie ten przywilej nie jest zapewniony. Kiedyś był, ale to było przed wejściem w życie ustawy o dostępie do informacji publicznej.

Czy potrzebna jest nam autoryzacja? Kraje zachodnie jej nie stosują, ale tam chyba środowisko dziennikarskie darzy się znacznie większym zaufaniem niż u nas?
Niezupełnie. Tam, tak jak u nas są różne media, jest może bardziej wyraźny podział na prasę tzw. brukową i tę stojącą niejako po drugiej stronie - opiniotwórczą, rzetelną i nie żyjącą z sensacji. W świetle prawa polskiego dziennikarz nie może odmówić autoryzacji dosłownie cytowanej wypowiedzi o ile nie była ona wcześniej publikowana. Z punktu widzenia czysto prawnego, dziennikarz nie ma obowiązku informowania swojego rozmówcy o tym, że przysługuje mu prawo do autoryzowania swojej dosłownie cytowanej wypowiedzi. W praktyce najwięcej konfliktów powstaje nie dlatego, że jest obowiązek autoryzacji, jeśli ktoś się tego domaga, ale w sytuacji, gdy dziennikarze uciekają od tego obowiązku w ten sposób, że nie cytują kogoś dosłownie, tylko tak prawie dosłownie: "Jak wynika z wypowiedzi…" , czy "Jak powiedziałâ€¦". Jeśli w takiej wypowiedzi jest jakiś błąd, to wtedy również wydaje się, że powinno się sprostować nieprawdziwą informację. Autoryzacja w jakimś sensie chroni również dziennikarza przed błędami. Jeśli ktoś autoryzuje swoją wypowiedź to ponosi pełną odpowiedzialność za jej treść.
Inaczej jest z autoryzacją wywiadów. W Polsce ten obowiązek wynika z prawa autorskiego, czyli z ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Autorem wywiadu jest zarówno dziennikarz, jak i osoba, która na pytania odpowiada. Czasami jest to kilku autorów po obu stronach i każdemu z nich przysługuje pełnia praw autorskich - w związku z tym również prawo nadzoru nad sposobem wykorzystania dzieła. I właśnie z tego wywodzimy obowiązek autoryzacji wywiadu. Tu takie same prawa przysługują dziennikarzowi - on również ma prawo do zachowania integralności dzieła i prawo nadzoru nad sposobem jego wykorzystania. Naruszeniem jest wstawianie przez rozmówcę pytań, dzielenie ich czy usuwanie. To prawo przysługuje wyłącznie zadającemu pytania dziennikarzowi, a nie jego rozmówcy. Autoryzacja powinna się sprowadzać do edytorskiej obróbki wywiadu oraz ewentualnej korekty błędów merytorycznych, które mogą się wkraść. Nie powinno się zmieniać sensu wypowiedzi, co niestety bardzo często się zdarza. Takich zmian można dokonać jedynie wtedy, gdy obie strony się na to zgodzą. Czasem można zasugerować co powinno się w tekście znaleźć, podsunąć jakieś inne sformułowanie, ale potrzeba zgody obydwu stron, by te zmiany mogły znaleźć się w tekście.
Dziennikarze często ubolewają nad tym, że ich rozmówcy mają prawo autoryzowania, ale nie jest ono obwarowane czasem. To jest dla nich prawdziwy problem. Dziennikarz się napracuje, przeprowadzi wywiad, a jego rozmówca później długo zwleka z autoryzacją. Czasami ten wywiad staje się nieaktualny, albo co najmniej wymaga zmian. W ostateczności obie strony mogą jedynie odstąpić od publikacji. Tu trzeba znaleźć jakiś złoty środek.

Czyli na przykład wzajemne zaufanie stron?
Jeśli rozmówca wyraził zgodę, żeby przeprowadzić z nim wywiad, to chyba już oznacza, że darzy dziennikarza jakimś zaufaniem. Dziennikarz też nie może zapomnieć o obowiązku rzetelności, nie może manipulować swoim rozmówcą, bo wtedy również narusza prawo. Tu nakłada się wiele zasad prawnych i etycznych.
Niezależnie od tego uważam, że autoryzacja chroni obie strony. Nie jestem więc za całkowitym zniesieniem tej instytucji, ale chyba wymaga ona pewnego doprecyzowania. Nie chcę jednak przesądzać, w jakim kierunku.
Jeszcze inaczej wygląda sprawa wypowiedzi dla radia i telewizji. To też nie jest jasne w naszym prawie prasowym. Teoretycznie wypowiadającemu się również i tu przysługuje prawo do autoryzacji. Ale jak temu sprostać od strony technicznej? Nie zawsze jest to możliwe. Artykuł 14. w punkcie 1. prawa prasowego mówi o tym, że osoby, które są źródłem informacji muszą wyrazić zgodę na emisję ich głosu czy wizerunku w radiu czy telewizji. Niezależnie od tego w praktyce jest to dość trudne. Nie znam przypadku, żeby ktoś skutecznie domagał się autoryzacji takiej wypowiedzi, a więc faktycznie ją zautoryzował. Gdyby był bardzo "uparty", zapewne z jego wypowiedzi by zrezygnowano, bo stałby się "kłopotliwym" rozmówcą.

W dzisiejszej ustawie o prawie prasowym jest przepis, który mówi że można zawiesić wydawanie dziennika lub czasopisma, jeżeli popełniono w nim w ciągu roku trzykrotnie przestępstwo prasowe. Czy on kiedykolwiek zadziałał?
Nie znam przypadku, żeby ten przepis zafunkcjonował. W praktyce między innymi dlatego, że tempo pracy naszych sądów jest zbyt małe. Przestępstwo musi być stwierdzone, trzeba zatem stwierdzić winę, proces musi się zakończyć prawomocnym orzeczeniem - tylko wtedy można mówić o przestępstwie. Więc trzy prawomocne orzeczenia stwierdzające popełnienie przestępstwa w ciągu jednego roku i w stosunku do jednej redakcji, przy tempie pracy naszych sądów to sytuacja, która może się zdarzyć, ale raczej w teorii. To martwy przepis. Niektórzy posłowie mówili o szybkim zamknięciu Gazety Wyborczej, ale są to zamierzenia nie tylko szkodliwe, ale ponadto zawieszone w próżni prawnej. Coś takiego jak likwidacja gazety z powodu opublikowanego materiału prasowego - nie znajduje żadnego odzwierciedlenia w obowiązującym prawie. Na szczęście!

Jaką rolę widzi Pani dla organizacji i stowarzyszeń dziennikarskich w procesie tworzenia nowego prawa?
Przede wszystkim opiniotwórczą w stosunku do środowiska, ale nie tylko. Rada Etyki Mediów nie do końca spełnia tę rolę. Jej głos nie reprezentuje całego środowiska. Środowisko dziennikarskie nie jest zbyt dobrze zintegrowane, nie ma jakiegoś forum, gdzie można choćby tworzyć projekt prawa prasowego, ustawy, która dotyczy samych dziennikarzy.
Politycy prześcigają się z deklaracjami o nowym prawie prasowym, ale na razie jedynie Liga Polskich Rodzin udostępniła swój pomysł na stronach internetowych. Chce obowiązku umieszczania sprostowań, odpowiedzialności finansowej za naruszenie dóbr osobistych, kary za publikacje kłamstw, która wynosiłaby od 50 do 1000 - krotności wynagrodzenia za pracę. Znalazł się też zapis o Sądach Prasowych, które miałyby rozpatrywać skargi z prawa prasowego w ciągu siedmiu dni.
To problem złożony. Generalnie sądy w Polsce działają jeszcze za wolno. Wszystkie sądy i w każdej sprawie, mimo że poprawa ich efektywności następuje. Jest tu więc pewien dylemat - na ile i na jak długo można wprowadzać takie szczególne przywileje dla jednej kategorii spraw, w tym wypadku tzw. prasowych. Szybką ścieżkę orzekania w takich sprawach nasze prawo przewiduje w okresie kampanii wyborczej, kiedy ten czas bardzo się liczy.
Trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, czy można stworzyć uprzywilejowaną sytuację dla mediów. Dla ludzi różne sprawy są równie ważne - dla kogoś rozwód, dla kogoś innego stwierdzenie nabycie spadku. Niedobrze, że te sprawy o naruszenie dóbr osobistych tak długo się ciągną, zwłaszcza gdy w ramach zabezpieczenia powództwa zakazuje się rozpowszechniania materiału prasowego. Przykład firmy Amway i filmu "Witajcie w życiu": ta sprawa ciągnęła się prawie osiem lat! Również wieloinstancyjność sądownictwa, która jest pewnym demokratycznym standardem, powoduje, że te sprawy ciągną się tak długo, bo zawsze można odwołać się od orzeczenia do sądu wyższej instancji.
Być może należałoby podzielić to postępowanie na kilka etapów, czyli na przykład szybko rozstrzygać, czy doszło do naruszenia dobra osobistego, a dopiero w drugim etapie rozstrzygać o ewentualnych odszkodowaniach z tego powodu. To przyspieszyłoby możliwość uzyskania pewnej satysfakcji dla którejś ze stron.

Co z obowiązkiem sprostowań?
Obowiązek taki już mamy. Problemem jest tylko to, że media uchylają się od publikacji sprostowań w sposób niezrozumiały dla autorów sprostowań. Sprostowanie musi być rzeczowe i musi odnosić się do informacji nieprawdziwej, bądź nieścisłej. W praktyce ludzie piszący sprostowania traktują je jak tekst polemiczny i zamieszczają w nich swoje żale do mediów, wypowiadają się o kompetencjach dziennikarzy, o tym co sądzą o danej gazecie. A to właśnie daje podstawę do odrzucenia sprostowania jako nierzeczowego. Również Trybunał Konstytucyjny wypowiadał się na temat nieścisłości wyrażenia "rzeczowe i odnoszące się do faktów". Brakuje bowiem wymaganej konstytucyjnie precyzji określenia znamion czynu zagrożonego karą. Dziś nie jest też jasne, czy brak rzeczowości jest przesłanką obligatoryjną do odmowy opublikowania sprostowania, (skoro takie sprostowanie nie odpowiada wymaganiom określonym w art. 31. prawa prasowego), czy też można traktować to jako przesłankę fakultatywną. Redakcja może, ale nie musi publikować tekstu sprostowania, kiedy nie dotyczy ono treści zawartych w materiale prasowym. W ogóle te przepisy są bardzo zawiłe, źle skonstruowane. Należałoby się temu przyjrzeć i wprowadzić zmiany.

W takim razie co się dzieje, jeśli do redakcji nadejdzie tekst, prostujący pewien fakt, ale i zawierający dodatkowe treści nie odnoszące się do faktów?
Wtedy jest to sprostowanie w części nierzeczowe i redaktor powinien wskazać fragmenty, które nadają się do publikacji.

A kary finansowe dla osób naruszających dobra osobiste?
Taką karę może nałożyć tylko sąd. Jeśli ktoś poniósł szkodę z powodu takiej publikacji, co się zdarza, to wtedy przysługuje mu za to odszkodowanie.

A za publikację kłamstw?
"Kłamstwo" nie jest pojęciem normatywnym. Takim słowem ustawodawca się nie posługuje. Można mówić jedynie o prawdziwości bądź nieprawdziwości. Słowem "kłamstwo" posługują się natomiast politycy (na przykład ostatnimi czasy przedstawiciele Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony) bo to "mocne" słowo, które ma określone "zabarwienie emocjonalne". Łatwo nim szafować, w związku z doraźną sytuacja polityczną. Aby je wykorzystać dla tworzenia prawa, trzeba by je przełożyć na język ustawowy.

Czy dzisiejsza ustawa dostatecznie chroni dobra osobiste, szczególnie osób publicznych?
Mamy bogate orzecznictwo Trybunału w Strasburgu o rozumieniu granic legalności krytyki osób sprawujących funkcje publiczne. Trybunał jednoznacznie stoi na stanowisku, że osoby sprawujące takie funkcje, politycy muszą się liczyć z tym, że każde ich słowo i gest będzie poddane daleko idącej krytyce ze strony społeczeństwa. Jednak ta krytyka musi się odbywać w ramach pewnej debaty politycznej i w społecznie uzasadnionym interesie. Nie może być to jakakolwiek próba manipulacji ze strony dziennikarza, nie mogą mu przyświecać jakieś partykularne interesy. Za nim ma stać interes społeczny. Jeżeli byśmy się przyjrzeli orzecznictwu trybunału i powiązali to z treścią polskiego prawa, to wydaje mi się, że ta ochrona jest właściwie skonstruowana i nie wymaga jakiegoś specjalnego poszerzania ani zawężania.
Oczywiście prawo do wolności słowa, również do krytyki sprawujących funkcje publiczne, musi być wykonywane odpowiedzialnie. Nikt nikomu nie daje prawa, żeby kogoś zniesławiać, czy znieważać, przy okazji takiej krytyki. Zakaz zniesławiania mieści się w pojęciu granic legalności krytyki. Ale Trybunał stoi na stanowisku, że można użyć nawet bardzo ostrych słów. Tak było w sprawie Lingens przeciwko Austrii, czy też Oberslick przeciwko Austrii. W jednym przypadku chodziło nawet o określenie "idiota" w stosunku do jednego z polityków austriackich. Ale zawsze musi to być jakiś argument ad rem, to określenie musi się odnosić do tego, co ten polityk zrobił, jak się zachował. Czyli ma się mieścić w ramach politycznej debaty.

Sprawa Andrzeja Marka - dlaczego środowisko dziennikarskie skompromitowało się broniąc tego dziennikarza?
Wydaje mi się, że nie tylko politycy, ale i sami dziennikarze próbują zmieniać prawo prasowe pod wpływem emocji. Sprawa Andrzeja Marka z "Wieści Polickich" to dziś wstydliwy fragment walki dziennikarzy o swoje prawa. Dziennikarze, zanim jeszcze zapoznali się ze szczegółami sprawy, oburzali się, że możliwe jest pójście do więzienia za słowo. Zamykali się w klatce przed budynkiem Sejmu. To byli nie tylko dziennikarze tabloidów, ale i telewizji publicznej. Myśleli, że sąd wydał orzeczenie bezwzględnego pozbawienia wolności. Nikt tego nie sprawdził, a w tej sprawie właśnie tak nie było. Andrzej Marek miał trafić do więzienia tylko dlatego, że nie zgodził się na przeproszenie osoby, której dobra osobiste naruszył. Kiedy tę sprawę znamy bliżej, to widzimy, że źle się stało, że został on "bohaterem walki o wolność słowa". Gdyby przeprosił, nie byłoby całej sprawy. Wydaje mi się, że sankcja ta nie była zbyt surowa. Burza wokół całej sprawy była wydarzeniem spektakularnym, ale nie doprowadziła do zaproponowania ze strony środowiska dziennikarskiego żadnej nowej regulacji. W zawodzie dziennikarza trzeba panować nad emocjami. Konieczne jest ustalenie faktów, a nie poddawanie się emocjom.

Więc skoro wszyscy zgadzają się, że prawo prasowe powinno być zmienione, to czemu jeszcze tego nie zrobiono?
Pewnie kiedyś do tego dojdzie. Może nie jest to dobry czas na zmiany doraźne, szybkie. Skoro czekaliśmy już ponad 20 lat, to mamy jeszcze czas, żeby spokojnie, w sposób właściwy, uporządkowany i rzetelny tę ustawę zmienić. Trzeba to konsultować z różnymi środowiskami, również dziennikarskimi - jest to dla nich pole do popisu. Powinni się zmobilizować do tego, żeby przygotować jakiś projekt. Kilka takich projektów już było, ale dzisiaj nie są one aktualne. Trzeba stworzyć coś, co będzie miało szansę, jak dzisiaj obowiązujące prawo prasowe, na przetrwanie przez długie lata. Oczywiście żaden czas nie będzie dobry, jeśli zmiana prawa będzie dokonywana tylko dlatego, że wydarzyła się jakaś pojedyncza historia, która ukazuje złe strony dzisiaj obowiązującego prawa. Prawo trzeba zmieniać spokojnie. Przy prawie nie powinno się "majstrować"! Trzeba je zmieniać racjonalnie i w sposób systemowy.

Dziękuję za rozmowę.

***
artykuł udostępniony przez Merkuriusz Uniwersytecki

Zobacz artykuły na podobny temat:

Dlaczego nikt nie reaguje na polską Watergate?

Jan Płaskoń
W rozwiniętej amerykańskiej demokracji za stosowanie podobnych metod prezydent położył głowę. W Polsce poseł Tadeusz Cymański coś tam sobie blebla przed kamerami.

Dziennikarz obywatelski w prawie prasowym

Jan Kłosowski
Termin “dziennikarz obywatelski” stał się dość popularny. Jednocześnie siwiejące prawo prasowe - z pewnością np. blogerów do dziennikarzy nie zalicza.

Piractwo telewizyjne w internecie. 3,2 miliarda złotych strat rocznie

Dorota Zawadzka
2,4 mln osób zapłaciło w ostatnim roku za treści oglądane online, nie wiedząc, że korzystały z nielegalnej usługi. Ponad 75 procent internautów korzysta z serwisów nielegalnych.

Dziennikarski Kodeks Obyczajowy Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej

Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej
Kodeks Etyki Dziennikarzy jest zbiorem zasadniczym norm etycznych, które obowiązują dziennikarzy, członków Stowarzyszenia, w ich pracy i działaniu zawodowym.

Cenzura w mediach

Róża Chojnacka
Cenzura w mediach oczywiście istnieje, jednak jej stopień zależy od konkretnego środka przekazu. Internet uchodzi natomiast za sferę swobodnego komunikowania się i wolności słowa.

praca w mediach

reklama



zarabiaj

Zarabiaj z Reporterzy.info

więcej ofert



Reporterzy.info

Dla głodnych wiedzy

Nasze serwisy

Współpraca


© Dwornik.pl Bartłomiej Dwornik 2oo1-2o17